Ta scena nie zaczyna się od odwagi Piotra. Zaczyna się od władzy Chrystusa.
Uczniowie znaleźli się na jeziorze dlatego, że Jezus sam ich tam posłał. Wiatr był przeciwny, łódź miotana falami, noc niemal dobiegła końca. Wtedy Chrystus przychodzi do nich po wodzie. Nie omija żywiołu, który zatrzymał uczniów. Kroczy po tym, wobec czego oni okazali się bezsilni.
Przerażeni biorą Go za zjawę. Jezus odpowiada: „Odwagi! To Ja jestem, nie bójcie się!”. Greckie egō eimi może być zwyczajnym „to Ja”, dlatego nie należy automatycznie robić z tych dwóch słów bezpośredniego przytoczenia imienia Boga. W tej scenie brzmią jednak wyjątkowo mocno: mówi je Ten, który idzie po morzu, a całość zakończy się wyznaniem uczniów: „Prawdziwie jesteś Synem Bożym”.
Wtedy odzywa się Piotr: „Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!”.
To zdanie łatwo przeoczyć. Piotr nie wychodzi natychmiast. Nie rzuca się na fale, aby udowodnić własną wiarę. Nie mówi: skoro Jezus może, spróbuję i ja. Czeka na polecenie.
„Przyjdź”.
Dopiero wtedy opuszcza łódź.
Nie jego temperament uczynił wodę drogą. Nie odwaga zmieniła prawa natury. Piotr postawił stopę tam, gdzie człowiek nie ma oparcia, ponieważ przed nim padło słowo Chrystusa.
To odróżnia wiarę od religijnej brawury. Wiara nie polega na podejmowaniu rzeczy niemożliwych po to, aby zmusić Boga do potwierdzenia naszej odwagi. Nie jest skokiem w nieznane z przekonaniem, że skoro jesteśmy wystarczająco pobożni, Pan musi nas podtrzymać. Piotr nie wymyślił sobie tej drogi. Został na nią wezwany.
Dlatego centrum tej Ewangelii nie stanowi człowiek chodzący po wodzie. Centrum stanowi Chrystus, którego jedno słowo wystarcza, aby uczeń mógł postawić nogę tam, gdzie sam z siebie natychmiast by zatonął.
Gdy Piotr widzi gwałtowność wiatru, ogarnia go lęk i zaczyna tonąć. Jezus nazywa go człowiekiem małej wiary. Nie dlatego, że Piotr nie posiadał dość silnej psychiki albo nie potrafił odpowiednio długo utrzymać religijnego uniesienia. Problem dotyczy zaufania Temu, który powiedział: „Przyjdź”.
I tutaj ta scena staje się bardzo niewygodna także dla nas. Czasem pragniemy od Boga osobnego znaku dla naszej sytuacji, podczas gdy znacznie trudniejsze jest posłuszeństwo temu, co Chrystus już jasno powiedział w Ewangelii. Łatwiej marzyć o wielkich czynach wiary niż przebaczyć wtedy, gdy Ewangelia każe przebaczyć. Łatwiej pragnąć znaku niż pozostać uczciwym, kiedy uczciwość zaczyna kosztować. Człowiek chciałby chodzić po wodzie, a nie chce postawić nogi na zwyczajnej drodze posłuszeństwa.
Chrystus nie potrzebuje naszej brawury. Potrzebuje wiary, która rozpoznaje Jego głos.
Po wszystkim Jezus wchodzi do łodzi i wiatr ustaje. Dopiero wtedy scena osiąga swój prawdziwy szczyt. Uczniowie nie padają przed Piotrem, podziwiając człowieka, który przez chwilę chodził po jeziorze. Padają przed Jezusem:
„Prawdziwie jesteś Synem Bożym”.
Cud nie miał pozostawić ich z zachwytem nad możliwościami człowieka. Miał odsłonić, kim jest Chrystus.
To jest także miara każdej prawdziwej wiary. Jeżeli po doświadczeniu łaski człowiek staje się bardziej zajęty własną niezwykłością niż Panem, zgubił sens znaku. Piotr nie jest bohaterem tej nocy dlatego, że postawił kilka kroków na wodzie. Najważniejsze jest to, że pośród żywiołu znalazł się wobec Tego, któremu nawet morze nie wyznacza granicy.
Nie każda woda jest drogą.
Drogą staje się ta, na którą Chrystus naprawdę powiedział: „Przyjdź”.
#Ewangelia #JezusChrystus #ŚwiętyPiotr #Wiara #Przyjdź #SynBoży #Posłuszeństwo #ZaufanieBogu #SłowoBoże #WiaraKatolicka #DuchoweOblicze