Polska na kolanach – czyli rosyjskim łomem w okienko polskiej godności
Na drugi dzień po klęsce pod Maciejowicami straszne wieści doszły do Warszawy. Nie dość, że w wyniku przegranej stanęliśmy rzeczywiście blisko finis Poloniae, to jeszcze ranny Kościuszko dostał się w ręce wroga. Major Fiszer pisał do generała Zajączka, że „Naczelnik mocno cięty w głowę, tak że kość nadwerężona i prócz tego dwa razy spisą pchnięty”. Potworna nowina z maciejowickiego boju była podawana z ust do ust. Warszawiacy szaleli z rozpaczy. Chodzili po ulicach z obłędem w oczach szlochając i krzycząc: „Ojczyzna ginie! ” lub „Już nie ma Kościuszki! ”. Michał Ogiński wspominał: „Widziano w tym dniu nieszczęsnym wielu, zbytkiem żałosnego uczucia przyprawionych o słabość; widziano niewiasty mdlejące, widziano dzieci nawet, topiące we łzach swe oczy i pytające się rodziców, gdzie jest kochany Kościuszko?”.
Smutna była bowiem nie tylko sama klęska, nie tylko utrata wodza, ale cierpiał sam honor Polski, jaki w jego osobie był zawarty. Oto razem z Julianem Ursynem Niemcewiczem miał jechać naczelnik w stronę Petersburga, by tam być uwięzionym w Twierdzy Pietropawłowskiej i świadczyć swoim stanem o przegranej naszej sprawy. Sam Niemcewicz tak opisuje moment, w którym jako jeńcy ruszali do stolicy Imperium: „Co za okropny widok, gdy wyjeżdżając postrzegliśmy na dziedzińcu jeńców naszych, ostatki niepodległe rycerstwa naszego, te działa, te chorągwie sterczące na wozach moskiewskich; wstrząsałyście się na ten widok, wielkie cienie Stefanów, Żółkiewskich i Chodkiewiczów! Ci, coście gnali po pustyniach barbarzyńców tych, coście zdobywali ich stolice, dziś potomków waszych wiodą spętanych”.
Targowicka zdrada
Polska upadała powoli na kolana. Poprzez targowicką zdradę, złe zamiary carycy aż do symbolicznego momentu w chwili koronacji Pawła, gdy zmuszono Stanisława Augusta Poniatowskiego by wstał, mimo że fizycznie nie był w stanie tego zrobić. Chwiejący się na miękkich nogach zniewieściały król był karykaturalnym obrazem tego, co sam uczynił wcześniej (przystąpienie do Targowicy). Gdyż od chwili zdrady właśnie nie tylko własną duszę zaprzedał, lecz rzucił całą Rzeczpospolitą na kolana przed carycą.
Kiedy w filmie Anity Gargas „Anatomia upadku” prof. Kazimierz Nowaczyk mówi o tym, że „państwo polskie upadło na kolana”, nie sposób się z tym krótkim – a oddającym całą istotę rzeczy – podsumowaniem wszystkiego, co działo się w trakcie i po katastrofie w Smoleńsku, nie zgodzić. Jak w runięciu na kolana, które dokonało się w Polsce pod koniec wieku XVIII i doprowadziło do zupełnej destrukcji, tak i tu widać te same elementy owego upadku: słabość państwa, tchórzostwo i zaniechania, dbanie o własny interes polityczny pod pozorem „patriotyzmu” (à la Potocki, Rzewuski czy Branicki) i całkowitą uległość wobec siły imperium rosyjskiego. Z drugiej strony – ta sama co i w wieku XVIII brutalna siła w postaci rosyjskich struktur urzędowych i militarnych mrozi oczy obserwatora. Psychologiczną osią całej rozgrywki toczonej między Niedźwiedziem a Polakami jest ten sam motyw, który leżał u podstaw politycznych wydarzeń w okresie dwóch ostatnich rozbiorów: zmuszenie do uległości i wzięcie duszy polskiej – tak kochającej wolność – pod carski but.
Kiedy popatrzeć na słynne już ujęcia filmowe, na których widać sołdata wybijającego łomem szybę w resztkach kadłuba Tu-154, to zdawać się może, jakby jeden z kozaków rozochocony zapachem krwi dźgał spisą w pierś leżącego Polaka. Ten sam uśmiech zadowolenia, tak samo napinają się barki, z taką samą energią poruszają się ćwiczone w koszarach umięśnione, grube ręce.
„Nous ne sommes pas des barbares, nous ne sommes pas des barbares” („Nie jesteśmy barbarzyńcami”) – powtarzali jak mantrę rosyjscy oficerowie, chodząc po namiocie między polskimi wojskowymi wziętymi do niewoli po maciejowickiej bitwie. Jakby chcieli zaklinać rzeczywistość, spowodować, by Polacy uwierzyli słowom, wbrew temu, co mogli zobaczyć choćby po samej walce.
Albo wbrew temu, co stało się później. Gdy rosyjska spisa została wymierzona w warszawską Pragę…
Wielki cel – zgnieść buntownika
Położoną na prawym brzegu Wisły Pragę opasywał ośmiowiorstowy wał ziemny. Dalej utworzono kolejną linię obronną, pokrytą okopami i wilczymi dołami. Składała się ona z trójkątnego szańca, którego jeden bok stanowiła Wisła, a dwa pozostałe ciągnęły się do Targówka z jednej, a wsi Kamionek i Saskiej Kępy z drugiej strony.
Te umocnienia nie na wiele się zdały. Tak jak i bohaterska obrona oraz postawa tak wspaniałych charakterów, jak generał Jasiński.
Szykując się do ataku rosyjski głównodowodzący, hrabia Aleksander Wasiliewicz Suworow, pisał w liście do pruskiego generała Schwerina: „Ujrzeć na tym brzegu pognębionych, zbuntowanych braci, zgnieść ich doszczętnie, a dla postraszającego widoku wiarołomnej stolicy zatknąć tam sztandary najpotężniejszej monarchii – taki jest wielki cel”.
Ów „wielki cel” odsłania się nam w całej prostocie słów Suworowa. Nie jest nim bowiem tylko wojskowe zwycięstwo. Lecz wbicie ostrza w rdzeń polskiej dumy. Zdeptanie jej. Ona bowiem stoi naprzeciw imperialnej wizji strefy wpływów Imperium Katarzyny. Tak jak obecnie – nasz byt cały, umocowanie się w NATO czy w Unii Europejskiej – jest nie po myśli nowego cara, Putina. My jesteśmy dla niego ciągle „prywislińskim krajem”, który wymknął się „na chwilę” spod kontroli, ale trzeba go zmusić, by wrócił tam, gdzie jest jego miejsce. Pod but Matuszki Rasiji.
By więc osiągnąć ten cel najważniejszy, mentalny, nie wystarczało pokonanie przeciwnika. Trzeba było go upokorzyć, utopić we krwi, rzucić na kolana wszelkimi możliwymi sposobami. Korupcją, pieniędzmi, tajnymi strefami wpływów, kłamstwami, szantażem, groźbą. A także – byśmy się bali – barbarzyńskim obyczajem i okrutną siłą.
I Suworow pozwolił swojej armii to uczynić. Gdy padli obrońcy, na warszawskiej Pradze miała miejsce rzeź tak potworna, że powinno się o niej uczyć w ramach Historii Powszechnej, a nie tylko polskiej. Różne są szacunki dotyczące liczby pomordowanych, wahają się od kilkunastu do dwudziestu tysięcy ofiar. Czy rzeź Pragi nie powinna być uznana za ludobójstwo?
Pułkownik rosyjski Lew Engelhardt wspominał: „Gdy Denisow nakazał nam ruszyć w lewo po błocie, wpadliśmy do szańców, brodząc po pas w wodzie i goniąc Polaków, za którymi w porządku weszliśmy do Pragi. Tam zastaliśmy wojska nasze w strasznem zamieszaniu wśród gwałtów, mordów i grabieży…”.
Dalej następował opis okrucieństw: „Do samej Wisły, na każdym kroku spotykać się dawali zabici i umierający różnego stanu ludzie; na brzegu rzeki piętrzyły się stosy ciał żołnierzy, cywilnych, żydów, księży, zakonników, kobiet i dzieci”. Na koniec Engelhardt wstrząśnięty widokiem tego, czego dokonały moskiewskie wojska, podsumował to jednym słowem – „hańba”.
Henryk Mościcki w książce „Pod berłem carów” (1924 r.) przywołuje następujące, makabryczne obrazy: „Oderwane od piersi matek niemowlęta brano na spisy, »by nie urosły do zemsty« i w płonące rzucano domostwa; chłopców dorastających chwytano żywcem, by wywieźć ich w głąb Rosji i tam szatańskim pomysłem wychować na wrogów własnej ojczyzny”.
W klasztorze bernardynek zakonnice zgwałcono i zarżnięto. Dziewiętnastu bernardynów i siedmiu kalekich starców mieszkających w klasztornych zabudowaniach także zaszlachtowano. Z domów wywlekano mieszkańców, by pastwić się nad nimi w atmosferze pijackiej zabawy. Place praskie dosłownie zasłane były całymi stosami nagich, dogorywających ciał. Wszędzie dały się słyszeć jęki i wołania. Pomiędzy zarżniętymi ludźmi leżały porozrzucane sprzęty, martwe konie, psy, koty – Moskale nie przepuszczali niczemu i nikomu.
„Hańba z bitwy uchodzić!”
To było prawdziwe piekło. Z płonących domów unosiły się w górę chmury czarnego dymu. W wiślanej wodzie tonęli ci, którzy starali się uciec. Zawalony most porwał za sobą w odmęty działa, zgruchotane powozy i tłoczące się w nieładzie wojska. W czerwono-brunatnych nurtach płynęły całe masy trupów. Następnego dnia skostniała z przerażenia lewobrzeżna Warszawa poddała się Rosjanom. I o to im chodziło.
Kiedy generał Zajączek (nomen omen) chciał uciekać z pola praskiej bitwy, dał także rozkaz do odwrotu generałowi Jakubowi Jasińskiemu. Ten odmówił: „Hańba z bitwy uchodzić! ”. Zginął jak bohater. Zginął jak Polak. Broniąc się do końca.
Generałowie rozeszli się w dwie różne strony. Zajączek skończył jako carski namiestnik. Jasiński wybrał szybsze, lecz honorowe przejście do innego świata. Podobnie zdarza się i dzisiaj. Jeden zawraca konia. Drugi zostaje na szańcu.
W filmie Anity Gargas na pytania odpowiada prokurator Rzepa. Gubi się, jąka. W pewnej chwili tłumaczy, w jaki sposób nadzorował odsłuchiwanie i przegrywanie czarnych skrzynek. Rosjanie mieli na uszach słuchawki. On… nie. Ten polski wojskowy musiał w Rosji robić podobne wrażenie do słaniającego się na nogach, zniewieściałego i przerażonego Stanisława Augusta. Nie wiadomo, czy bardziej to było śmieszne, czy żałośnie smutne. Jedno i drugie.
W taki właśnie sposób Rosja, za pomocą łomu wbijanego w okienko martwego samolotu, znowu robi to samo co kiedyś. Zmusza nas do padnięcia na kolana. (Tomasz Łysiak-Gazeta Polska)