gdzie piękne ścięto dwa cyprysy
i tam, gdzie rosły stare drzewa
beztrosko baraszkują lisy.
Winnica miała ogrodzenie,
ale pozbyto się balastu
i nastąpiło połączenie
z sąsiednim polem bujnych chwastów.
Suche gałęzie wiatr pomiata
i ziemia leży w niej odłogiem
a obok tłocznia się oplata
tarniną, cierniem oraz głogiem.
Tłum robotników wszystkich godzin
rozleniwiony w półśnie leży
a włodarz chętnie się rozwodzi
o czterech węgłach jednej wieży.
Że one wszystkie wartość mają
i wszystkie mają też znaczenie,
wszystkie w zgodności zawierają
różne węgielne też kamienie.
Twarz krągła mu się rozjaśniła,
bo dawne za nic ma problemy:
– czyja prawica zasadziła?
wszystkie prawice szanujemy!
I od włodarzy co tu byli,
co z właścicielem mieli zwady
a nawet syna mu zabili
chętnie przyjmuje dobre rady.
Nie dali plonu panu swemu
to prawda, pan ów ich wyrzucił,
ale to było lata temu
kto by się dzisiaj o to kłócił?
Że na ich miejsce ma dzierżawę
by w plonie dobrym pośredniczyć?
A po co robić z tego sprawę?
Na miłosierdzie lepiej liczyć.
Że może upaść na ten kamień?
To brzmi po prostu niedorzecznie,
gdy się stosuje nowe plany
by żyć w spokoju i bezpiecznie.
A gdy właściciel się pojawi?
Tu włodarz bardziej się ośmiela,
z lekkim uśmiechem miękko prawi,
że nikt nie widział właściciela.
I jeszcze po bratersku rzucił:
niech mi kolega nie smutnieje,
każdy ma prawo mieć uczucie,
że ów właściciel, pan istnieje.
Ku górze swe zwróciłem oczy
co kiedyś we krwi się skąpała,
i zobaczyłem pośród zboczy
latorośl, która ocalała.
Grunt dla niej zdrowy się zachował
i mocne miała w nim korzenie,
i mocno wrosła weń gotowa
by znów napełnić całą ziemię.
By góry w cieniu jej się skryły,
morza sięgnęła okolicy
i by swój plon oddała miły,
gdy przyjdzie do niej Pan winnicy.