kanalia Ryszard Schnepf i czerwone dynastie w relacji J.R. Nowaka czytaj.
Czerwone dynastie w MSZ (1)
Wnikliwi obserwatorzy sytuacji w polskim MSZ są zgodni. Prawie półtora roku po objęciu rządów przez prawicową koalicję MSZ pozostaje nadal swoistą stajnią Augiasza zdominowaną przez sieroty po komunie i sieroty po Geremku nominowane z klucza byłej Unii Wolności. Największą i najbardziej szkodliwą grupę w centrali MSZ i na placówkach stanowią ludzie z pokolenia działaczy o stalinowskim rodowodzie sięgającym osławionej agenturalnej Komunistycznej Partii Polski.
Jak pisał Krzysztof Górecki, autor paru bardzo gruntownie rozbudowanych cyklów "Naszej Polski" o zaśmiecaniu MSZ przez stare "czerwone" kadry: "W Ministerstwie Spraw Zagranicznych dobrze trzymają się stare komunistyczne struktury, a za granicą reprezentują nas ciągle ludzie minionego systemu, zaangażowani w aktywną obronę komunizmu i sojuszu z ZSRR" (por. K. Górecki, Ojcowie budowali PRL, dzieci..., "Nasza Polska" z 28 listopada …Więcej
Tak. Caly system jest chory, jest WIELKIM OSZUSTWEM.
Jedynie na Bogu,
na Jego Prawie
i poddaniu Mu calego spolecznego i jednostkowego zycia,
w kazdym wymiarze czlowiek bedzie PRAWDZIWIE WOLNY.
egzorcyzm modlitwa do Najswietszej Maryi Panny
Potężna Niebios Królowo i Pani Aniołów, Ty, która otrzymałaś od Boga posłannictwo i władzę, by zetrzeć głowę szatana, prosimy Cię pokornie, rozkaż hufcom anielskim, aby ścigały szatanów, stłumiły ich zuchwałość, a zwalczając ich wszędzie, strąciły do piekła. Święci Aniołowie i Archaniołowie, brońcie nas i strzeżcie nas. Amen.
Dluga jest lista miejsc chorych w naszej Ojczyznie i narodzie.
Mozna wyliczac bez konca: prokuratura, sady i sedziowie, banki, zarzady przedsiebiorstw i miast, wojsko, policja, szkolnictwo i wychowanie, opieka zdrowia, fundacje , kultura i ludzie kultury, prezydent, premier, rzad, poslowie, prymas, kardynalowie, biskupi, kaplani, zakonnicy itd. itd.
Nie starczy jednego a moze wiecej pokolen na UZDROWIENIE tych wszystkich poziomow zycia spolecznego i narodowego /przy zalozeniu, ze dokonujacy zmian beda bez granic uczciwi, kochajacy narod i Ojczyzne/. Powiem wiecej: NAPRAWA bez zaproszenia Boga z przebaczeniem grzechow i blogoslawienstwem zaskutkuje jeszcze wiekszymi cierpieniami i rozbiciem.
Trzeba zaczac od
ZALU ZA GRZECHY,
od POKUTY,
od NAWROCENIA,
od ODDANIA CHRYSTUSOWI PANU, KROLOWI
i JEGO MATCE
CALEGO
ZYCIA SPOLECZNEGO,
z kazda jednostka i wspolnota.
Kaplani niech wezwa narod do pokuty, niech sami dadza temu przyklad.
Niech odnajda w sobie Boze wezwanie dzieki ktoremu zostali postawieni na czele STADA.
Jesli tego nie uczynia
wezma na swe sumienie tragiczny los tego narodu i panstwa, ktoremu Bog podarowal laske CHRZTU swietego 1050 lat temu.
JEZUS i MARYJA
Agata.B
Historia wkladu pana R. Schnepfa w budowanie internacjonalistycznego porzadku swiata jest dluga.
Pamietac przede wszystkim trzeba o jego bezczelnej NAGONCE na pana Kobylanskiego prezesa USOPALu.
KTOZ JAK BOG
===================
....nie ma w tej dyskusji żadnych " brudów " , lecz rzeczowa dyskusja dwóch internautów - na portalach jest tak wszędzie - pod moimi mediami również i nie unoszę się .. Jak powiedział Chrystus do Judasza ; " co masz zrobić , zrób teraz "
Tym wywodem o antysemityzmie Polaków potwierdził Schnepf swoją nieprzydatność w dyplomacji nawet na Antarktydzie.
do franczetto i Et spes nostra,salve !
Prosze nie wykorzystujcie moich "wrzutek" do prania swoich wlasnych brudow.
Moja prosbe potraktujcie jako ludzie odpowiedzialni.
W przeciwnym razie bede musial dokonac tego ,co inni / nie wymieniajac z nazwy/.
Dziekuje.
Z Panem Bogiem
BAH mnie tez zablokował i nie robię z tego tragedii . Po co ci kontakt z obłudnikami ???
Prze tego człowieka ten portal opuściło już wielu p0rawych katolików -nawet wiernych ks.Piotrowi Natankowi . Ten nie broni Prawdy na tym portalu i siedzi jak mysz pod miotłą aj a jak się już wysunie -to atakuje prawych katolików i tradycvjonalistów. Do niego jedynie trzeba wyciągnąć rękę na zgodę i przestać go atakować .
Co sie martwisz blokadami .Pisz tam gdzie się da . Tutaj są ludzie chorzy , blokują i tych z lewej i tych z prawej strony , bo sami jeszcze nie zagrzali sobie miejsca i nie wiedzą gdzie swój kuper posadzić .
z sieci... ..." To żałosna, haniebna, antypolska gwiazda miłośników i POkłosia goebbelsa, stalina, bandery, bermana, bałmana i antypolskiej kloaki szechterokłamców."
I. Dynastie w polityce
Borowski, syn wysokiego funkcjonariusza z antypolskiej KPP
Spuścizna stalinowskiego politruka J. Wiatra
Syn agenta gestapo
Kariera młodego Wiatra
Od KC PZPR do prounijnego wazeliniarstwa
W. Cimoszewicz (syn oficera stalinowskiej informacji)
Alergia na polskość
Longin Pastusiak (zięć byłego przywódcy PZPR)
Marcin Święcicki (zięć byłego członka Biura Politycznego KC PZPR)
Jan Rutkiewicz (pasierb sekretarza KC PZPR)
Kariera premierowicza L. Millera (juniora)
Czy grozi nam dynastia Kwaśniewskich?
Dynastia kłamczuchów
Z koronowanymi głowami za pan brat
Dynastyczna zapobiegliwość
Kreowanie się na „świętą Jolantę”
II. Klany w mediach
Robert Kwiatkowski (syn prominenta z czasów Jaruzelskiego)
Janusz Zaorski, syn PRL-owskiego wiceministra
„Jadowita” Olejnik, córka pułkownika MSW
Załgany rodowód Adama Michnika
Brat – morderca sądowy
Hańba domowa
Inni współpracownicy Michnika
Gebertowie: od agenta Kominternu do fanatycznego tropiciela „polskiego antysemityzmu”
Szpiegowany przez własną żonę
Antypolonizm Dawida Warszawskiego
Smolarowie
Klan Wróblewskich
Kariera Tomasza Wróblewskiego
Rodowód J. Urbana
Związki między postkomunistami a liberałami, wzajemne przepływy
Z rodowodu Jerzego Owsiaka
Klany w MSZ-cie
Hańba Henryka Szlajfera
Posłowie
Nota biograficzna
WSTĘP
Tak zmieniać, aby nic nie zmienić! – to było faktycznie główną zasadą „przemian” realizowanych po 1989 roku, „przemian”, które okazały się tak wielkim oszustwem wobec Narodu.
Gdy trzon władzy politycznej, gospodarczej i medialnej przetrwał nadal w rękach tych samych spowinowaconych ze sobą koterii i rodzin, częściowo tylko przefarbowanych na odcienie liberalno-lewicowe. Jesteśmy nadal ściśle oplecieni pajęczyną po-PRL-owskich układów i powiązań. Najbardziej nawet skompromitowani, przyłapani na złodziejstwie czy działaniach agenturalnych spadają na cztery nogi. Zawsze znajdą obrońców i protektorów. W dzisiejszej Polsce źle jest tylko, gdy się jest uczciwym, odważnym, niepokornym… Tak zabija się ostatnie nadzieje i popycha Polskę na drogę ku katastrofie, ku drugiej Argentynie. Jeśli tego jak najszybciej radykalnie, gwałtownie nie zmienimy, Polska ostatecznie upadnie. Nie ma bowiem miejsca na tej ziemi dla narodów bezbronnych, zakompleksionych, dających się wciąż oszukiwać, pozbawionych instynktu samozachowawczego i poczucia godności.
Chciałbym, by ten tomik wstrząsnął sumieniami, by pokazał jak bardzo pozorowane i oszukańcze były tak szumnie deklarowane przemiany po 1989 roku. Chciałbym pokazać, jak bardzo kastowy charakter ma dzisiejsza Polska, jak wielu ludzi „trzymających władzę”, i to nie tylko w polityce, ale również i w mediach (a to media są dziś „pierwszą władzą”), to ludzie wywodzący się ze starych skompromitowanych kręgów komunistycznych, często najgorszego stalinowskiego chowu. Wielka część z nich to ludzie, których ojcowie zaprawiali się do zdrady narodu przez dziesięciolecia, tak jak ojciec marszałka Sejmu M. Borowskiego czy ojciec „nadprezydenta” A. Michnika, już w czasach międzywojennych. To ludzie, którym zabrakło w domu jakiegokolwiek wychowania w ideach drogich przeważającej części Narodu, wśród którego żyją, od wiary do patriotyzmu i poczucia dziedziczenia narodowej historii.
Stąd te pytania, które stawiam wielokrotnie na łamach tego tomiku, zastanawiając się, jak miał się uczyć patriotyzmu np. Jerzy Wiatr (od ojca-agenta gestapo), Cimoszewicz (od ojca – oficera stalinowskiej informacji) czy Dawid Warszawski (od ojca – agenta NKWD.
Porównuję drogi licznych wpływowych ludzi i ich rodziców czy całych familii, zastanawiając się nad wyniesionymi przez nich z domów rodzinnych przesłaniami, które spaczyły ich wychowanie. Znać rodowody, to wiele zrozumieć. Na przykład zrozumieć lewicową tendencyjność Moniki Olejnik, córki pułkownika MSW, czy uprzedzenia do Kościoła katolickiego ze strony wychowanego w ateistycznym środowisku Jerzego Owsiaka, syna wysoko postawionego partyjnego milicjanta.
W tomiku tym pragnę pokazać rozmiary opanowania władzy w Polsce przez synów, zięciów czy bratanków PRL-owskich bonzów. Pokazać, w jak wielkim stopniu mamy dziedziczenie „pseudoelit”. Jak dawne rządzące siły PRL-owskie „elity władzy” zostały zastąpione przez ich dzieci. I pokazać, jak ci dziedzice władzy ukształtowali „próżniaczą klasę polityczną”, opartą na ograniczonym tylko do nich, do ich układów systemie awansów i karier. Ludzie spoza układów, z tzw. terenu, mają mikroskopijne wręcz szansę przebicia się wyżej, choćby byli najbardziej utalentowani. Mogą tylko kołatać do zamkniętych drzwi, snuć się sfrustrowani po kolejnych urzędach pracy w nikczemnym świecie protekcji i układów.
Bez przesady można powiedzieć, że dzisiaj szansę awansu jakiegokolwiek awansu społecznego człowieka z „prowincji”, a tym bardziej z ubogiej rodziny, są dużo gorsze niż kiedykolwiek przedtem w ciągu ostatnich stu lat polskiej historii. Obserwowałem ze smutkiem losy jakże wielu młodych utalentowanych absolwentów „z terenu”, skazanych na rozpaczliwe poszukiwanie jakiejkolwiek pracy, nieraz latami. Bo wszystko jest zarezerwowane dla „elitki” z „warszawki” czy „krakówka”. Bo taki np. młody Paweł Wujec, syn prominentnego działacza Unii Wolności Henryka Wujca i działaczki tejże Unii Ludmiły Wujec już jako bardzo młody człowiek, w początkach swoich studiów musiał zdobyć pracę dziennikarską w „Gazecie Wyborczej”. – Bo ja cały jestem mamy, jej telefon otwiera mi drzwi – jak śpiewano w piosence dawnego STS-u. A Ludmiła Wujec była uważaną za najbardziej wpływową działaczkę Unii Wolności!
Pisząc o czerwonych dynastiach piszę nie tylko o tych, którzy pozostali wierni ideologii komunistycznej wyznawanej przez ich ojców tak jak Borowski czy Cimoszewicz. Piszę również i o tych, którzy także i po wejściu do lewicowej laickiej opozycji pozostali wierni starym uprzedzeniom ich komunistycznych ojców do polskości czy Kościoła. Tych byłych lewicowych opozycjonistach, którzy bardzo boją się dekomunizacji, bo mogłaby odsłonić pełną „hańbę domową” ich rodzin. Czyż nie głównie taki właśnie strach łączył Adama Michnika, brata mordercy sądowego Stefana Michnika, z generałem Wojciechem Jaruzelskim, dążącym do zatarcia własnych jakże ciężkich win, od grudnia 1970 r. na Wybrzeżu, po pacyfikację kopalni „Wujek”. Tak zawiązywały się w ostatnich kilkunastu latach szokujące sojusze postkomunistów z lewicowymi liberałami z rodzin o komunistycznych rodowodach. Sojusze, które zniszczyły szansę prawdziwych zmian w Polsce i popchnęły nas na drogę ku katastrofie.
Dziedziczenie obecnych „elit” to również trwałe dziedziczenie biedy. To dalsze pogrążanie Polski w marazmie, który nam zafundowały egoistyczne, obce polskim interesom narodowym, nieudolne pseudoelity. To dalsza blokada jakichkolwiek szans ludzi prawdziwie zdolnych spoza układów. Najwyższy czas, by przepędzić pseudoelity, które zaprzepaściły po 1989 roku tak wiele szans dla Polski! Czas je przepędzić i wyrzucić na margines polskiego życia publicznego. Nie ważne, czy zaszkodziły Polsce przez otwartą zdradę i służalczość wobec obcych, pazerność i złodziejstwo, czy „tylko” przez egoizm, cynizm lub żałosne niedołęstwo. Zaszkodzili Polsce i Polakom i muszą, muszą jak najszybciej odejść! Ci, jakże liczni z nas, którzy jeszcze wierzą w polskie idee, w szansę na odbudowę Polski, muszą zrobić wszystko dla wyłonienia nowych silnych narodowych elit, które nie dadzą połknąć Polski i odzyskają to, co zagrabiono Narodowi. Oby ten tomik przyspieszył te działania, to narodowe przebudzenie! Oby jak najsilniej wsparł tworzenie Polski naszych snów i marzeń. Prawdziwej Polski nadziei, bez agentów i złodziei!
I. Dynastie w polityce
BOROWSKI, SYN WYSOKIEGO FUNKCJONARIUSZA Z ANTYPOLSKIEJ KPP
Przewodzący buntowi wewnątrz SLD przeciwko Millerowi marszałek Sejmu Marek Borowski jest synem wysokiej rangi komunistycznego działacza o bardzo szkodliwej antypolskiej przeszłości. Jego ojciec Wiktor Borowski (właśc. Aron Berman) był w czasach II Rzeczypospolitej trzykrotnie skazywany na więzienie za działalność wymierzoną w interesy Polski. Zaszedł bardzo wysoko w strukturach KPP – partii zdrady narodowej, stając się członkiem sekretariatu jej władz. Został nawet pracownikiem przedstawicielstwa KPP przy Komitecie Wykonawczym Międzynarodówki Komunistycznej w Moskwie. Można więc powiedzieć, że stał się prawdziwą szychą wśród agentury sowieckiej na Polskę.
Po wojnie ojciec Borowskiego należał do najgorszych stalinizatorów polskiej prasy jako redaktor naczelny „Życia Warszawy”, a od 1951 r. zastępca redaktora naczelnego głównego dziennika komunistycznego „Trybuny Ludu”. Jego wpływy w dobie stalinowskiej powiększał fakt, że był spokrewniony z głównym zarządcą okrutnej bezpieki – Jakubem Bermanem, członkiem Biura Politycznego KC PPR, a potem PZPR, najbardziej wpływowym członkiem triumwiratu rządzącego Polską na przełomie lat 40. i 50. Młody Borowski próbuje dziś maksymalnie pomniejszać znaczenie tych bliskich związków rodzinnych z Jakubem Bermanem. Zapytany przez redakcję „Życia Warszawy”, czy łączy go pokrewieństwo ze stalinowskim szefem bezpieczeństwa, odpowiedział: – Nie wiem, ale jeśli nawet, to czy to, że byłbym odległe spokrewniony z jakimś oprawcą, ma mieć jakieś znaczenie? W rzeczywistości te rodowody i pokrewieństwa mają aż nadto wiele znaczenia także dziś, odbijając się w postawach SLD tak mocno blokującego różne formy rozliczenia ze zbrodniami komunizmu i „wielkodusznie” zabiegającego o utrzymanie uprzywilejowanych emerytur dla stalinowskich sędziów prokuratorów (vide: casus S. Morela czy H. Wolińskiej).
Młody Marek Borowski był – według „Wprost” – bardzo mocno związany duchowo ze swym ojcem – stalinowcem. Polityk Unii Wolności Jan Lityński, który chodził z nim do jednej klasy (w sławetnym liceum dla młodzieży bananowej im. Klimenta Gottwalda) wspominał, że M. Borowski już wtedy był ideowym wyznawcą komunizmu. Młody Borowski wcześnie zaprzyjaźnił się z innym synem komunistycznego działacza – Adamem Michnikiem w 1962 r. wstępując do założonego przez Michnika międzyszkolnego Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności. W 1967 r. zostaje członkiem PZPR. W 1967 r., wraz ze „sczyszczaniem” przez moczarowców działaczy z partyjnego lobby żydowskiego tzw. puławian, ojciec Borowskiego traci piastowaną od 1951 r. funkcję zastępcy naczelnego „Trybuny Ludu”. To jeszcze bardziej popycha związanego z michnikowcami Borowskiego do opozycyjnego ruchu studenckiego w 1968 r.; odgrywa w nim aktywną rolę. Zostaje wyrzucony z PZPR, co ogromnie przeżywa; jest wręcz zdruzgotany. Pozostał jednak – jak wspominał -nadal wierny wartościom komunistycznym. Pozostał członkiem ZMS-u i dalej studiował na SGPiS-ie. Po ukończeniu studiów zaczął pracować w Domach Towarowych „Centrum”, gdzie został przewodniczącym ZMS. Już po kilku latach – w 1973 r. wysłano go na staż do francuskich domów towarowych.
Powrócił do PZPR w 1975 r., w dość szczególnym roku, w którym zaproponowano do konstytucji wpis o wiecznej przyjaźni z ZSRR. Jak pisze w „Życiu” z 3 listopada 2001 r. Joanna Bichniewicz: Wprowadzenie stanu wojennego przyjął niemal z ulgą. – „To było racjonalne i słuszne rozwiązanie” – mówił zarówno wtedy, jak i dziś. Ciekawe, że akurat w dobie stanu wojennego zaczyna się nagły skok jego kariery – zatrudnienie w Ministerstwie Rynku Wewnętrznego. Znalazł jakichś dobrych protektorów. Był to szczególnie dobry czas dla awansów towarzyszy żydowskiego pochodzenia. Jak stwierdzał żydowski publicysta Abel Kainer (Stanisław Krajewski) na łamach podziemnej KOR-owskiej „Krytyki”, nr 15 z 1983 r. WRON grała rolę bardziej opiekunki Żydów. Znany izraelski naukowiec profesor Chone Shmeruk mówił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” z 19 kwietnia 1995 r., że: – Władze PRL wiatach 80. też popierały sprawy żydowskie. Było wtedy takie powiedzonko: „Co się nosi w Połsce? Żydów na rękach (…).
Red. Bichniewicz przytacza w kontekście ówczesnego awansu Borowskiego wypowiedź jednego z członków SLD i długoletniego działacza PZPR: -Musiał go ktoś dobrze pilotować. Nie było takich cudów, by ktoś, ot tak, wypatrzył młodego zdolnego w domach „ Centrum” i zapragnął go mieć w ministerstwie. Nie w tamtym systemie. Być może o awansie Borowskiego zadecydowały wcale nie znajomości rodzinne i nowa filosemicka moda czasów Jaruzelskiego, lecz jego własne kontakty. Były przewodniczący Klubu Parlamentarnego KPN Krzysztof Król zapewniał, że Borowski prowadził w DT „ Centrum” sklepik za tzw. żółtymi firankami, czyli dla KC i uprzywilejowanych członków partii (według tekstu A. Gargas w „Gazecie Polskiej” z 5 stycznia 1995 r.). Sprzyjało to poznaniu „odpowiednich” protektorów.
Za rządów T. Mazowieckiego Borowski awansował na podsekretarza stanu w Ministerstwie Rynku Wewnętrznego, gdzie odpowiadał za rynek artykułów konsumpcyjnych i nadzorował prywatyzację handlu i turystyki. Anita Gargas, pisząc w „Gazecie Polskiej” o tym okresie kariery Borowskiego przypomniała: To w tym okresie doszła do skutku afera alkoholowa, za co miał odpowiadać przed Trybunałem Stanu przełożony Borowskiego.
W 1993 r. został wicepremierem i ministrem finansów w rządzie pierwszej koalicji SLD i PSL. Jako szef resortu finansów odpowiadał m.in. za fatalnie, z różnymi nieprawidłowościami, przeprowadzoną prywatyzację Banku Śląskiego. Wybuchł prawdziwy skandal wokół całej sprawy, w niemałej mierze dzięki nagłośnieniu jej przez ówczesnego posła PSL, przewodniczącego Komisji Przekształceń Własnościowych Bogdana Pęka. Premier W. Pawlak zdecydował się na odwołanie wiceministra finansów Stefana Kawalca, który bezpośrednio odpowiadał za przekształcenia Banku Śląskiego. Borowski postanowił postawić się premierowi Pawlakowi i wymusić na nim cofnięcie dymisji Kawalca. Złożył swoją dymisję ze stanowisk rządowych i bezskutecznie próbował namówić innych postkomunistycznych ministrów do zbiorowego odejścia z rządu. Bluff Borowskiego zawiódł. Premier przyjął dymisję Borowskiego, który wyraźnie przegrał całą sprawę. Zemścił się wkrótce na pośle B. Pęku, doprowadzając do jego odwołania z przewodnictwa Komisji Sejmowej.
Jako polityk SLD-owski należy do nurtu „czerwonych liberałów” w gospodarce. Ma wyraźne uprzedzenia wobec Kościoła. Należał do tych posłów SLD, którzy wykazywali wręcz „ośli upór” w przeciwstawianiu się ratyfikacji konkordatu. Można przewidywać, że będzie oddziaływał na założoną przez siebie partię w duchu polityki antykościelnej. Po wygranej SLD w 2001 r. Borowski awansował najwyżej – został marszałkiem Sejmu. Na tej funkcji „wsławił się” m.in. brutalną decyzją o usunięciu nocą przez Straż Marszałkowską posła Gabriela Janowskiego, okupującego trybunę z żądaniem debaty o prywatyzacji STOEN-u. Następnego dnia liczni posłowie opozycyjni powitali za to Borowskiego krzykami: „Hańba” i „Łukaszenko”!
Borowski odegrał szczególnie dużą rolę w niedawnych działaniach opozycji SLD-owskiej, zmierzającej do obalenia rządu Millera i stworzenia nowej partii Socjaldemokracja Polska. Wielu widzi w powstaniu tej partii drogę do powstania tak wymarzonej przez Kwaśniewskiego i Michnika wspólnej formacji i tworzącej wreszcie historyczny sojusz byłych komunistów i byłych opozycjonistów z lewicowej opozycji laickiej, głównie też komunistycznego chowu. Widać już teraz bardzo duże zainteresowanie nową partią ze strony liderów bardzo osłabionej w ostatnich latach Unii Wolności.
Warto przypomnieć, że Borowski od początków powstania SdRP, faktycznie od jej zjazdu założycielskiego, należał do ludzi związanych z Aleksandrem Kwaśniewskim. W ostatnim roku między postkomunistycznym prezydentem RP a premierem Millerem bardzo mocno się iskrzyło. Nie było więc chyba przypadkiem, że Borowskiemu przypadła rola autora decydującego ciosu w Millera. Niektórzy widzą w tym, co się stało w rezultacie buntu M. Borowskiego, kolejne odnowienie starego sporu dwóch frakcji w łonie partii komunistycznej: „Żydów” i „chamów”! Stare przyjaźnie Borowskiego z Michnikiem, Lityńskim i innymi przed-marcowymi „komandosami” z prominentnych rodzin żydowskich mogą teraz szczególnie silnie procentować w łączeniu „braci rozdzielonych” z SLD i UW!
SPUŚCIZNA STALINOWSKIEGO POLITRUKA J. WIATRA
Sławomir Wiatr był odpowiedzialny za niezwykle kłamliwą prounijną kampanię informacyjną. Starannie „usypiał” Polaków co do zagrożeń dla polskich interesów narodowych wynikających z fatalnie wynegocjowanych warunków wejścia Polski do UE. Zapytajmy jednak, od kogo ten były sekretarz KC PZPR miał się uczyć poczucia potrzeby obrony polskich interesów? Od kogóż miał się uczyć prawdziwego polskiego patriotyzmu? Wątpię, czy mógłby tego uczyć się od swego ojca Jerzego Wiatra, w połowie lat 90. SLD-owskiego ministra edukacji, a w dobie stalinowskiej politruka niegodnie wysławiającego Józefa Stalina, ludobójcę odpowiedzialnego za śmierć setek tysięcy Polaków.
W wydanej w 1953 r. propagandowej pracy „Obiektywny charakter praw przyrody i społeczeństwa w świetle pracy J.W. Stalina Ekonomiczne problemy socjalizmu w ZSRR’ J. Wiatr do spółki z innym fałszerzem, Z. Baumanem, wychwalał już na pierwszej stronie tekstu „ostatnią pracę Towarzysza Stalina” jako potężną dźwignię rozwoju wszystkich nauk, które z bezcennej skarbnicy stalinowskiej filozofii czerpią i czerpać będą. Obaj stalinowscy propagandyści wysławiali pod niebiosa „nieśmiertelne” wskazania Józefa Stalina, a zarazem chwalili kierownictwo PZPR za zdemaskowanie w porę „kliki odchyleńców prawicowych”, Gorzko, a donośnie, opłakiwał J. Wiatr śmierć Stalina, pisząc na łamach „Po Prostu” 1953 r.: Dziś, gdy zabrakło wśród nas największego Człowieka naszej epoki, Jego dzieła są nam jeszcze droższe i cenniejsze. Stają się one w coraz większym stopniu busolą kierującą naszą pracą. Dzięki Stalinowi żyjemy w pięknej epoce.
Minęło 13 lat od tego „wiekopomnego tekstu”, a wierny komunistycznemu reżimowi J. Wiatr zalecał w poradniku dla nauczycieli „Ideologia i wychowanie” (z 1965 r.): Przestrzeganie internacjonalizmu ruchu socjalistycznego, a w obliczu zagrożenia ze strony imperializmu kapitalistycznego przestrzeganie solidarności z udzielaniem sobie wzajemnej pomocy – w razie potrzeby – również zbrojnej. Nieprzypadkowo więc później tak chętnie usprawiedliwiał wojnę Jaruzelskiego przeciwko swemu Narodowi – stan wojenny, a nawet przyrównywał Jaruzelskiego do Piłsudskiego i Sikorskiego. Doszło nawet do tego, że publicznie domagał się w gazetach, by tępić tych, którzy ciągną nas do tyłu na drodze reform, czyli ludzi „Solidarności” (!) (według „Gazety Wyborczej” z 1-2 czerwca 1996 r.).
Na tym tle tym ciekawszy wydaje się barwny incydent z jakże znamiennej konfrontacji J. Wiatra w połowie lat 90. z byłym twardogłowym członkiem Biura Politycznego KC PZPR generałem Mirosławem Milewskim. Jak pisano na ten temat w „Życiu Warszawy” z 12 lutego 1996 r.: – Kogo w PZPR uważali Rosjanie w 1981 r. za swoich wypróbowanych przyjaciół? – dopytywał się kilka miesięcy temu generała Mirosława Milewskiego szef sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej, poseł SLD Jerzy Wiatr. – Na przykład pana -odpowiedział były szef MSW, symbol PRL-owskich służb specjalnych, powiązanych z ZSRR. – No, ja nie byłem tak ważną postacią – spłoszył się Wiatr.
Jako SLD-owski minister edukacji od lutego 1996 r. Wiatr wyraźnie próbował dyskryminować religię w szkołach, wywołując tym protesty Episkopatu, nauczycielskiej „Solidarności” i rodziców. Protestowano też przeciwko powołaniu przez Wiatra jako eksperta dla swego resortu seksuologa Z.L. Starowicza. Wiatr wywołał wówczas powszechne oburzenie deklarując, iż rodzice nie mają prawa decydować o tym, jaki program będą realizowali nauczyciele. Doszło do szeregu demonstracji studentów i nauczycieli przeciwko Wiatrowi jako urzędującemu ministrowi, a nawet do obrzucenia go jajami podczas wizyty na UJ. Wiatr posunął się do nazwania swych oponentów faszystami! (zob. tekst M. Zdorta i M. Janowskiego w „Rzeczpospolitej” z 29 sierpnia 1996 r.). Prezydent Kwaśniewski pospieszył za to z uhonorowaniem J. Wiatra Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Nie wyjaśniono jednak, co wspólnego z odradzaniem Polski miała rola J. Wiatra jako stalinowskiego politruka i ideologa PZPR.
SYN AGENTA GESTAPO
Zapytajmy z kolei, czy ojciec Sławomira Wiatra – Jerzy Wiatr miał od kogo uczyć się patriotyzmu? Dziś wiadomo, że ojciec Jerzego Wiatra – inspektor szkolny Wilhelm Wiatr został zastrzelony za zdradę na rzecz gestapo z rozkazu zastępcy szefa „Kedywu” Okręgu Warszawskiego AK Józefa Rybickiego. Oto, co pisał w tej sprawie m.in. publicysta „Gazety Wyborczej” (nr z 1-2 czerwca 1996 r.) Jacek Hugo Bader: Jurek Wiatr w czasie wojny tracił po kolei ojca, Boga, matkę i wiarę w rząd polski. To było 22 maja 1943 r. wieczorem. Ktoś zapukał do drzwi. Otworzył ojciec. Przeszli do pokoju. Po chwili padły trzy strzały. Pierwszy wbiegł Jurek. Ojciec leżał na podłodze, obok kartka, że wyrok wykonano w imieniu Polski Podziemnej (…).
W 1988 r. kapitan Stanisław Sosabowski „Stasinek” opublikował swoje wspomnienia. Rozkaz wykonania wyroku na inspektorze szkolnym Wiatrze otrzymał od dowódcy „Kedywu” Okręgu Warszawskiego AK płk. Józefa Rybickiego „Andrzeja”. Niemcy zmusili inspektora do wydania spisu nauczycieli, którzy byli oficerami rezerwy. Wielu z nich trafiło potem do Oświęcimia. „Stasinek”, który znał inspektora od dziecka, relacjonuje: „Pokazałem jednemu z moich ludzi, gdzie mieszka inspektor. Zapukał do drzwi jako inkasent elektrowni”.
Jerzy Wiatr w rozmowie z redaktorem „Wyborczej” zaprzeczał temu, że władze podziemne wydały wyrok na jego ojca. Twierdził, iż był przekonany, że „ojca zabili bandyci” (według „Gazety Wyborczej” z 1-2 czerwca 1996 r.). W numerze z 6-7 lipca 1996 r. „Gazeta Wyborcza” opublikowała jednak rozstrzygający całą sprawę w decydujący sposób list córki zastępcy szefa „Kedywu” Okręg AK Warszawa Józefa Rybickiego – Hanny Rybickiej. Pisała ona m.in.: (…) przedstawiam poniżej stan sprawy iv świetle dokumentów zachowanych w Archiwum Akt Nowych i Wojskowego Instytutu Historycznego. Wspomniane dokumenty wskazują, że wyrok na p. Wilhelmie Wiatrze został wykonany w ramach akcji „C” (czyszczenie), zarządzonej decyzją Komendy Głównej AK. Jej celem było jednoczesne zdecydowane uderzenie w sieci agenturalne policji niemieckiej (podkr. – J.R.N.). H. Rybicka powołała się przy tym na książkę Tomasza Strzembosza „Akcje zbrojne podziemnej Warszawy 1939-1944″, wyd. PIW 1978, s. 223-224). Powołała się również na przekazane wiosną 1943 r. szefowi „Kedywu” KG AK płk. Emilowi Fieldorfowi ps. „Nil” pismo szefa Kontrwywiadu KG AK Bernarda Zakrzewskiego, wymieniające wśród osób, które miały przekazane do likwidacji na 26 miejscu nazwisko podinspektora szkolnego w Warszawie Wilhelma Wiatra. Wspomnianą listę pik Fieldorf przekazał 5 maja 1943 r. Komendantowi Okręgu AK Warszawa płk. Antoniemu Chruścielowi „Madejowi” z adnotacją: Przesyłam listę agentów gestapo do jak najszerszego wykorzystania w ramach akcji „C”. Według Rybickiej: W niedatowanym sprawozdaniu Komendy Okręgu AK Warszawa czytamy.
„Melduję wyniki z akcji „C” według listy otrzymanej z Kedywu. (…) 1… 2… 4. Wiatr Wilhelm dn. 22 V g. 18.30. W ten sposób córka zastępcy szefa „Kedywu” Okręg Warszawa – Hanna Rybicka udowodniła fałsz twierdzeń J. Wiatra na temat powodów śmierci jego ojca, agenta gestapo.
KARIERA MŁODEGO WIATRA
Powróćmy jednak do potomka opisanych powyżej postaci, dziś najbardziej „wsławionego” z klanu Wiatrów – Sławomira.
Sławomir Wiatr już od dzieciństwa uczulony był na przejawy „polskiego antysemityzmu”. W rozmowie z redaktorem „Gazety Wyborczej” uskarżał się: Z polskim antysemityzmem zetknąłem się przed r. 1968, w warunkach piaskownicy. Byłem trochę poniewierany, tak wyglądało moje dzieciństwo na warszawskiej Starówce i pierwszy etap uświadomienia sobie żydowskiego pochodzenia.
Od wczesnej młodości wraz z rodziną bardzo wiele czasu spędzał w Wiedniu. Przyszły agent PRL-owskiego wywiadu mógł w Wiedniu bardzo wiele się nauczyć. – Wiedeń jest wtedy światową stolicą szpiegów. Roi się w niej od przedstawicieli komunistycznych partii i dawnych partyzantek, a także rezydentów wywiadów państw demokracji ludowej. Wszyscy żyli w braterskiej komitywie. Bywali u siebie i biesiadowali. Moja lewicowość wyrastała tam, nie w Polsce – mówi Sławomir Wiatr (według tekstu J. Hugo-Badera o S. Wiatrze w „Gazecie Wyborczej” z 24 lipca 1996 r.). Ciągłe pobyty zagraniczne maksymalnie wyobcowały S. Wiatra od Polski i uczyniły go prawdziwie obojętnym na jej interesy, jak to później okazał w toku kampanii przedunijnej. Poczuł się straszliwie ukarany w 1973 r., gdy wyjątkowo nie dostał paszportu z powodu nagłego politycznego podpadnięcia swego ojca. – Całe nieszczęście polegało na tym, że musiałem spędzić w kraju wakacje po raz pierwszy i chyba jedyny -zwierzał się redaktorowi „Wyborczej”.
OD KC PZPR DO PROUNIJNEGO WAZELINIARSTWA
Młody Wiatr szybko stał się bardzo aktywnym członkiem PZPR, awansując do rangi sekretarza Komitetu PZPR na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Tam „popisał się” niechlubnymi działaniami przy organizowaniu bojówek dla rozbijania nielegalnie działającego tzw. Latającego uniwersytetu. Bojówki zaczęły od prowokowania awantur na nielegalnych wykładach, ale z czasem zaczęło dochodzić nawet do ich rozbijania siłą. W drugiej połowie lat 80. S. Wiatr należał do szczególnie popieranej przez M.F. Rakowskiego i nagłaśnianej w mediach grupy młodych aktywistów. Sam S. Wiatr zwierzał się o tamtych czasach: Mieliśmy wolny dostęp do „Trybuny”, radia i telewizji. Nie było dnia, żeby nas nie pokazywali w telewizorze. W grudniu
1988 r. S. Wiatr – dzięki L. Millerowi – zostaje kierownikiem wydziału KC PZPR. Szybko okazał się niebywale pomocny – dzięki zmysłowi manipulatorskiemu – w czasie słynnej polemiki między młodymi aktywistami partyjnymi a członkami uczelnianego NZS-u zorganizowanej w stołówce KC. Cynicznie akcentował: Spokojnie, towarzysz sekretarz odpowie na wszystkie pytania, zwłaszcza na te, na które będzie chciał odpowiedzieć. W 1989 r. M.F. Rakowski powołał go na sekretarza KC PZPR. Wszedł do sejmu kontraktowego w 1989 r., ale w ciągu dwóch lat tylko raz odwiedził swoich wyborców (!).
Przegrana w wyborach 1991 r., gdy kandydował z listy SdRP, skłoniła S. Wiatra do skupienia się na sprawach biznesowych, gdzie zyskał ogromnie korzystne wsparcie partyjne. Wiele mówiące pod tym względem były uwagi w cytowanym już wcześniej tekście J. Hugo-Badera w „Wyborczej”: Sławomir Wiatr zakłada firmę Mitpol. Jego wspólnikami są adwokat Mirosław Brych, przyjaciel Ireneusza Sekuły, obrońca Bagsika oraz Krzysztof Ostrowski, zastępca kierownika wydziału zagranicznego KC PZPR.
Ostrowski, jak pisał tygodnik „ Wprost”, był jednym z tych, którzy w 1988 r., kiedy PZPR zwątpiła już we własną przyszłość, wydali zarządzenie nakazujące przelanie partyjnych zasobów dewizowych z kont w PKO BP na konta w renomowanych bankach zachodnich. „ Wprost” utrzymuje, że przynajmniej część tych pieniędzy przejęła potem SdRP, zapoczątkowując budowę potęgi finansowej partii (…). Mitpol wprowadził na polski rynek ogromny austriacki koncern Billa.
Powstaje firma Billa Polen (znana z sieci supermarketów – J.R.N.) (…) W Billa Polen, obok Mitpołu i Billi austriackiej, udziafy ma austriacka firma Polmarck, której głównymi udziałowcami są Andrzej Kuna i Aleksander Żagiel. Firmą Kuny i Żagla interesują się polska prokuratura i UOP w zioiązku z nadużyciami w Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. W maju 1993 r. Zarząd Śledczy UOP badał dokumenty Polmarcku i Billi w warszawskim sądzie rejonowym.
Z ustaleń sejmowej komisji zajmującej się sprawą Oleksego wynika, że na terenie Polski w firmie Polmarck zatrudniony był pułkownik rosyjskiego wywiadu Władimir Ałganow, który prowadził informatora o kryptonimie „Olin” (…).
Znalazł „odpowiednie” wytłumaczenie dla zatrudnienia w Polmarcku szpiega Ałganowa. – Skąd mogłem to wiedzieć? – mówił. – Dopiero zaczynałem biznes, nie miałem doświadczenia. Nie mogłem żyć i pracować z założeniem, że wszyscy wokół nas to potencjalni przestępcy (według „Rzeczpospolitej” z 4 lutego 2002 r.).
Ciekawe, że szereg firm, w których pracował S. Wiatr deklarowało wysokie poniesione straty (Mitpol w 2000 r. – 121,7 tys. zł straty, Alpine Polska – ponad 210 tys. straty na początku 2000 r., stworzona przez S. Wiatra w 1995 r.
Press Service – ponad 250 tys. straty pod koniec grudnia 1999 r.). Pomimo tych niepowodzeń Wiatrowi zapewniono w 2000 r. miejsce w Radzie Nadzorczej BRE – m.in. obok byłego szefa UOP Gromosława Czempińskiego i biznesmena Jana Kulczyka.
W świetle powyższych faktów trudno nie zgodzić się z wysuniętą przez Antoniego Lenkiewicza oceną: Droga życiowa i obecna pozycja „biznesowa” towarzysza Wiatra Sławomira, najzupełniej jednoznacznie świadczy o tym, że od wczesnego dzieciństwa (urodzony w 1953 r.) należał do rozpieszczonych i gruntownie zdemoralizowanych bachorów PRL, że był i pozostał bezideowym karierowiczem, że w polityce nie jest bynajmniej na uboczu, lecz na sztabowym stanowisku w SLD.
Jako pełnomocnik rządu ds. informacji europejskiej S. Wiatr należy do osób szczególnie odpowiedzialnych za potulne przyjmowanie warunków dyktowanych Polsce przez UE. Otwarcie deklarował na łamach „Tygodnika Powszechnego” z 9 czerwca 2002 r., że strategia tzw. twardych negocjacji to bzdura.
W roli pełnomocnika rządu ds. informacji europejskiej dopuścił się również ogromnej biznesowej „stronniczości”, łagodnie mówiąc. Wielka część opozycji sejmowej domagała się jego dymisji po przedziwnym, skandalicznym wręcz przetargu na produkcję filmów „Unia bez tajemnic”, promujących wiedzę o Unii Europejskiej. Wygrała go Agencja Z&T, której współzałożycielem i dawnym udziałowcem był rzecznik rządu Michał Tober. Przetarg był dziwnie uproszczony i przeprowadzony w ekspresowym tempie, przy udziale zaledwie pięciu firm, z pominięciem licznych innych, dużo bardziej renomowanych. Zwycięzcą została bardzo mała firma, ale z udziałami SLD-owskiego instytutu. Jak fatalne knoty propagandowe produkowała każdy pamięta. Ważne, że znowu zarobili „kolesie”.
Prawdziwym ciosem dla S. Wiatra stała się tylko konieczność ujawnienia w sierpniu 2002 r. tego, że był tajnym i świadomym współpracownikiem służb specjalnych PRL. W pierwotnym swoim oświadczeniu na ten temat skłamał. Wiedział o tym premier Miller, ale mimo to mianował S. Wiatra na stanowisko ministerialne (według B. Wildsteina w „Rzeczpospolitej” z 7 października 2002 r.).
I tak to jakoś dziwnie zamknęło się koło: od agenta gestapo Wilhelma Wiatra do agenta wywiadu PRL-u Sławomira Wiatra. Ciekawe, że nawet tak niechętna lustracji „Gazeta Wyborcza” przyznawała w tekście Piotra Stasińskiego z 30 sierpnia 2002 r.: (…) to wszystko nie oznacza, że ludzie, którzy przyznali się do współpracy ze służbami specjalnymi PRL, mają się teraz hurmem pchać na wysokie stanowiska w państwie. Ich bezwstydu i braku pokory nie powinien w żadnym razie pieczętować demokratyczny rząd. Co innego tolerować ludzi związanych ze służbami specjalnymi PRL, a co innego obdarzać ich przywilejami, awansować i popierać (…). A już zupełnie nieodpowiedzialne jest powierzanie im funkcji politycznych o kluczowym znaczeniu dla kraju. Taką sprawą jest promocja Unii Europejskiej.
W. CIMOSZEWICZ (SYN OFICERA STALINOWSKIEJ INFORMACJI)
W październiku 1991 roku doszło do publicznego ujawnienia sprawy przeszłości ojca obecnego ministra spraw zagranicznych Włodzimierza Cimoszewicza. Poseł OKP Jan Beszta-Borowski stwierdził wręcz, że ojciec Włodzimierza Cimoszewicza był członkiem „organizacji przestępczej” – Informacji Wojskowej. Według Beszty-Borowskiego: Szef Informacji Wojskowej w Wojskowej Akademii Technicznej o nazwisku Cimoszewicz miał zwyczaj rozmawiania z ludźmi, trzymając w ręku pistolet i obracając nim na palcu cynglowym. Znany jest fakt śmierci jednego z podwładnych w wyniku takich rozmów (cyt. za „Gazetą Wyborczą” z 11 października 1991 r.).
Oświadczenie posła Beszty-Borowskiego wywołało gwałtowną publiczną ripostę ze strony Włodzimierza Cimoszewicza. Nazwał Besztę-Borowskiego załganym łobuzem, a w innym tekście (w „Gazecie Współczesnej”) stwierdził m.in.: Rozumiem, że dla Borowskiego, jego szefów i was, nierozumnych dziennikarzy, babrzących się w takich prowokacjach, wybawcami byli naziści, skoro ci, którzy z nimi walczyli zasługują na miano oprawców. Po wojnie mój ojciec przez 30 lat służył w Wojsku Polskim, w tym także w kontrwywiadzie, instytucji, jaka jest zawsze i w każdej armii. Wy, którzy opluwacie Go dzisiaj, możecie powołać się tylko na fakt służy w tej formacji. Nie przytaczacie, bo nie możecie przytoczyć żadnych prawdziwych zarzutów, dotyczących fego postępowania. „Dowody” Borowskiego są łgarstwem (cyt. za: Piotr Jakucki „Pułkownik Cimoszewicz”, „Gazeta Polska” z 4 listopada 1993 r.).
Oburzony stwierdzeniami W. Cimoszewicza poseł Beszta-Borowski skierował przeciwko niemu skargę do sądu, przedstawiając dowody prawdziwości swych zarzutów pod adresem ojca Cimoszewicza. W osobnym liście do „Gazety Lokalnej” (por. nr 14-15 z 1992 roku) poseł Jan Beszta-Borowski przytoczył uzupełniające dane na temat życiorysu ojca Cimoszewicza jeszcze przed objęciem funkcji szefa Informacji Wojskowej na WAT.
Pisał: (…) Oto przyszły pułkownik Cimoszewicz w czasie wybuchu wojny w 1939 roku, mając lat 22, nie uczestniczy w obronie Polski, nie jest żołnierzem Armii Polskiej broniącej ojczyzny przed dwoma najeźdźcami. Przeciwnie – już w październiku 1939 r. jest „poborcą dostaw obowiązkowych w wołkowyskim Rejnopolnamzakie. Czyli jest na służbie jednego z zaborców- bolszewików. Rekwirował płody rolne od polskich rolników na rzecz najeźdźcy. Jakucki w cytowanym wcześniej artykule powoływał się na zeznania świadka Romualda U., który zapamiętał M. Cimoszewicza jako „seksota” (tajnego agenta) komisarza kadr, ówczesnego naczelnika kadr w dziale technicznym parowozowni w Białymstoku. W 1943 roku Cimoszewicz skończył szkołę pracowników politycznych i do końca wojny był w aparacie politycznym.
Od kwietnia 1945 roku robi błyskawiczną karierę w Informacji Wojskowej – w ciągu 3 lat zostaje komendantem w Głównym Zarządzie Informacji, kontrolowanym wówczas przez dwóch sowieckich zbrodniarzy, pułkowników NKWD w Polsce: Wozniesieńskiego i Skulbaszewskiego, a także szefem Informacji Wojskowej na WAT. Robert Mazurek, autor interesująco naszkicowanej sylwetki Włodzimierza Cimoszewicza („Metamorfozy pana C”, „Życie Warszawy” z 31 marca 1997 r.) pisał, że ojciec Cimoszewicza w 1951 r. trafia do Wojskowej Akademii Technicznej.
Tam aresztuje komendanta uczelni gen. Floriana Grabczyńskiego. Z jego rozkazu aresztowano też kilkunastu oficerów WAT, którzy wcześniej byli w AK. Dokonując tej bezwzględnej czystki na wyższej uczelni major Marian Cimoszewicz był w tym czasie oficerem bez żadnego wykształcenia. Dopiero kilka lat później – w 1957 roku skończył liceum i zdał maturę (!).
Dodajmy do tego informacje o wcześniejszej roli Mariana Cimoszewicza w likwidowaniu oddziałów AK – sam się chwalił podczas spotkania z oficerami akademii, że w 1944 r. zlikwidował oddział AK. Według innych źródeł, w 1946 r. jako oficer IW kierował grupą likwidującą „bandę” Bohuna (za: P. Jakucki, op.cit.). Cimoszewiczowie zamieszkali w domu na Boemerowie (Bemowo), odebranym prawowitym właścicielom, których przymusowo wysiedlono z Boernerowa na początku lat 50. jako „element politycznie niepewny” („Gazeta Lokalna” nr 2/104 z lutego 1996 r.). Żona majora M. Cimoszewicza zaczęła pracę w bibliotece WAT na miejsce poprzedniej pracowniczki tej biblioteki Ewy Cecetki-Cymerman, zwolnionej nagle bez uzasadnienia w sposób bardzo ordynarny przez M. Cimoszewicza („Gazeta Lokalna” z 27 czerwca 1992 r., nr 12-13/42-43). Porównajmy opisane wyżej fakty z gwałtownym zarzucaniem Beszcie-Borowskiemu łgarstwa przez W. Cimoszewicza i pokrzykiwaniem o tym, że dla takich jak on „wybawcami byli naziści”.
Włodzimierz Cimoszewicz, występując z taką furią przeciw przypominaniu przeszłości ojca, jako motto do swej książki wybrał stwierdzenie Anny Uchlig: Kto przekreśla PRL, ten przekreśla cały mój życiorys. Trzeba przyznać, że swoją publiczną identyfikację z PRL-em zaczął bardzo wcześnie. Już jako maturzysta w 1968 roku kategorycznie przeciwstawił się napiętnowaniu ówczesnych rządów gomułkowskich jako „dyktatury ciemniaków”. I uzyskał wydrukowanie proreżimowego tekstu swego wypracowania maturalnego na łamach „Życia Warszawy” (por. W. Cimoszewicz „Czas odwetu”, Białystok 1993 r., s. 40). Wielu jego rówieśników było w tym czasie pałowanych na rozkaz „ciemniaków”. On w pełni utożsamiał się z totalitarną dyktaturą. Jakżeby mógł inaczej, wychowany pod „opiekuńczymi skrzydłami” pułkownika Cimoszewicza! Od jesieni 1968 roku studiuje na Wydziale Prawa w Warszawie i staje się działaczem uczelnianej organizacji ZMS.
W 1971 roku wstępuje do PZPR, a w 1972 r. zostaje przewodniczącym ZMS na Uniwersytecie Warszawskim. Wchodzi do” władz Komitetu Uczelnianego PZPR. Nawet swą błyskawiczną karierę w ZMS tłumaczył później jako swoisty przykład niezależności, twierdząc, że: Przynależność do ZMS mogła nawet przeszkadzać (!!!) (W. Cimoszewicz „Czas odwetu”, s. 43) (był bowiem dużo częściej odpytywany na zajęciach). Kiedy doszło do połączenia – pomimo protestu wielu studentów -trzech organizacji studenckich w jeden Socjalistyczny Związek Studentów Polskich (SZSP), należał do zdecydowanych zwolenników tego połączenia, narzuconego studentom przez partyjną biurokrację. I został… komisarycznym szefem SZSP na UW. Józef Oleksy wspominał Cimoszewicza z owych czasów jako wręcz zwracającego uwagę swoją pryncypialnością. Pisał, że wionęło pryncypialnością, gdy tylko Cimoszewicz wchodził na trybunę. Miał zaledwie dwadzieścia parę lat, gdy uzyskał kolejny błyskawiczny awans – został sekretarzem Komitetu Uczelnianego PZPR akurat w czasie pogłębiającego się kryzysu politycznego późnego Gierka, w okresie aktywizacji opozycji z KOR-u i ROPCiO.
Na temat dokonanej przez Gierka zmiany konstytucji serwilistycznie uzależniającej Polskę od ZSRR, wspominał: Wszyscy mieliśmy skłonność do usprawiedliwiania miękkiej postawy ivobec Związku Radzieckiego, byliśmy przekonani, że inne zachowania mogłyby być groźne dla Polski. W sprawie innego posunięcia ówczesnych władz PZPR – zapisania w konstytucji kierowniczej roli PZPR – szczerze przyznawał: Nas jako członków PZPR ani to ziębiło, ani grzało. Nie popadaliśmy przez to w jakiś konflikt sami ze sobą (W. Cimoszewicz, op.cit., s. 53). Poczucie bycia członkiem kierowniczej siły, jak widać, wzmacniało dobre samopoczucie szybko awansującego działacza partyjnego.
W 1980 roku został wysłany na 3 miesiące do pracy w konsulacie w Malmoe. We wrześniu tego roku zaś wyjechał na stypendium Fullbrighta do USA, dzięki decyzji władz o tym, że jego konkurent do stypendium, Lamentowicz powinien się wycofać {op.cit., s. 55). Pozostał wierny PZPR-owi w czasach „Solidarności” i po ogłoszeniu stanu wojennego podczas pobytu na Uniwersytecie Columbia należał do organizacji PZPR przy konsulacie w Nowym Jorku. W lutym 1982 roku powrócił do pracy na warszawską uczelnię.
Według informacji z listy Macierewicza Cimoszewicz w 1980 roku pod pseudonimem „Carex” został współpracownikiem wywiadu.
Ustosunkowując się do tej sprawy w swej biografii „Czas odwetu” stwierdzał m.in.: Z wypowiedzi Czesława Kiszczaka wiedziałem, że w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych istniały możliwości preparowania dokumentów, mających cechy autentyczności dokumentów antydatowanych. Obawiałem się, że kierownictwo MSW może zdecydować się nawet na taką awanturę, jak fabrykowanie archiwaliów. Nie wykluczałem więc, że mogę znaleźć się na liście Macierewicza. Kiedy Olek Kwaśniewski przedstawił mi dokumenty, z dużym zaskoczeniem zauważyłem, że byłem odnotowany w aktach polskiego wywiadu (…). Byłem zaskoczony, ponieważ okazało się, że kontakt, jaki w 1980 roku nawiązał ze mną przed wyjazdem na stypendium Fundacji Fullbrighta przedstawiciel Ministerstwa Spraw Zagranicznych został w tych dokumentach przedstawiony jako kontakt z wywiadem (…) (op.cit., s. 25-26).
ALERGIA NA POLSKOŚĆ
Po likwidacji PZPR w styczniu 1990 roku Cimoszewicz nie wstąpił do SdRP. Fakt ten próbowano później częstokroć eksponować jako dowód niezależności Cimoszewicza i jego opowiedzenie się po stronie prawdziwie reformatorskiej lewicy. Rację mają jednak raczej ci, którzy sądzą, że Cimoszewicz nie doceniał wówczas prawdziwej siły postkomunistów z SdRP i nie chciał zostać wraz z nimi zmarginalizowany.
W czasie kampanii prezydenckiej 1990 roku właśnie Cimoszewicz został kandydatem postkomunistów na prezydenta. Podobno dlatego, że sam Kwa-śniewski obawiał się wówczas całkowitej kompromitacji wyborczej, jakichś trzech procent. W tej sytuacji wynik uzyskany przez Cimoszewicza był traktowany jako duże zaskoczenie – dostał 9 procent głosów, plasując się na czwartym miejscu za Wałęsą, Tymińskim i Mazowieckim. W latach 1991-1993 nadal przewodniczył Parlamentarnemu Klubowi Lewicy Demokratycznej. Po sukcesie wyborczym SLD w 1993 roku Cimoszewicz został wicepremierem i ministrem sprawiedliwości w rządzie Pawlaka. Jako minister sprawiedliwości zasłynął głównie akcją „Czyste ręce”. W ramach niej ujawnił nazwiska wysokich urzędników państwowych, którzy biorą równocześnie pieniądze za zasiadanie w radach nadzorczych firm państwowych. Akcja nie przyniosła faktycznie żadnych skutków negatywnych osobom skrytykowanym przez Cimoszewicza. Mógł jednak odtąd chodzić w nimbie nieprzekupnego tropiciela gospodarczych patologii.
Resort Cimoszewicza nie mógł się pochwalić żadnymi większymi osiągnięciami; powszechnie narzekano na fatalne funkcjonowanie sądów i prokuratury. Cimoszewicz miał na to dość swoiste wytłumaczenie – twierdził, że podczas weryfikacji rzekomo wyrzucono najlepszych specjalistów. Po dymisji rządu Pawlaka nie wszedł do rządu Oleksego. Urażony niezaproponowaniem mu wicepremierostwa nie chciał przyjąć wyłącznie teki szefa resortu sprawiedliwości. Został wówczas wicemarszałkiem Sejmu.
W nowej sytuacji tym mocniej rozwijał stosunki z lewicowymi środowiskami z kręgu dawnej tzw. opozycji laickiej, zwłaszcza z Michnikiem, Geremkiem i Bujakiem. Nieprzypadkowo właśnie „różowi” tzw. europejczycy stanowili najbliższych rozmówców Cimoszewicza spoza SLD i SdRP. Głównym efektem tych zacieśniających się kontaktów stał się głośny artykuł Cimoszewicza i Michnika, wspólnie apelujących o zakończenie wszelkich rozliczeń PRL-owskiej przeszłości. Cimoszewicz, podobnie jak Kwaśniewski i liczni inni politycy SLD, stanowi typ człowieka gruntownie uodpornionego na takie pojęcia jak polskość, polski patriotyzm, poczucie polskiego interesu narodowego. Tym, którzy chcieliby polemizować z moimi tak kategorycznymi sądami w tej sprawie polecam uważną lekturę „Czasu odwetu”.
W tej książce widać aż nadto wyraźnie, że Cimoszewicz nie mógł się przełamać do napisania jakichś cieplejszych słów o Ojczyźnie, patriotyzmie, uczuciach narodowych, nie mówiąc już o trosce z powodu występujących dziś zagrożeń dla Polski i polskości. Tym więcej tam za to ataków na wszystko, co się z polskimi uczuciami narodowymi kojarzy, czy gwałtownego piętnowania rzekomej siły antyżydowskości w Polsce. Na s. 39 „Czasu odwetu” pisze: Nie będąc Żydem poznałem, co to znaczy być nim w Polsce. Na s. 192 insynuuje, iż: Prawdą jest niestety, że w naszym społeczeństwie, i to od lewicy do prawicy, nieustannie można spotkać się z przejawami endemicznego antysemityzmu.W książce z pasją atakował niepodległościowe slogany (s. 13), narodową tromtadrację, oczywiście idącą w parze z zoologicznym antykomunizmem (s. 270), polską ksenofobię (s. 273) etc.
Po dojściu do władzy jak mógł dawał wyraz napadom skrajnego filosemityzmu. Wystąpienie Cimoszewicza jako premiera RP podczas uroczystości w Kielcach w lipcu 1996 r. ku czci ofiar kieleckiej prowokacji z 1946 roku przyniosło jaskrawy dowód tego, jak bardzo nieważna dla niego jest autentyczna prawda o historii i godność własnego kraju. W sprawach stosunków polsko-żydowskich, tak skomplikowanych i złożonych, po dziesięcioleciach przemilczeń i niedomówień, postkomunistyczny premier pozwolił sobie na publiczne, obelżywe dla Polaków stwierdzenia jednostronnie obciążające ich winą za wszystkie problemy w stosunkach z Żydami.
LONGIN PASTUSIAK (ZIĘĆ BYŁEGO PRZYWÓDCY PZPR)
Naukowa i polityczna kariera obecnego marszałka Senatu prof. Longina Pastusiaka zaczęła się już w latach 60. wraz z wejściem do kręgów partyjnej „elitki” po poślubieniu córki Edwarda Ochaba, ówczesnego przewodniczącego Rady Państwa PRL. Teść Pastusiaka należał wówczas już od wielu lat do najbardziej wpływowych komunistów polskich. Sam Stalin powiedział o nim w swoim czasie: Zubatyj komunist. Jako I sekretarz KC PZPR w czerwcu 1956 roku Ochab rzeczywiście „pokazał zęby”, bezlitośnie tłumiąc powstanie poznańskich robotników. Nawet po odejściu z funkcji I sekretarza KC PZPR w październiku 1956 r. Ochab dalej pozostał na wiele lat członkiem Biura Politycznego KC PZPR, a w 1964 r. stał się głową PRL-owskiego państwa jako przewodniczący Rady Państwa.
Trzeba przyznać, że w Ochabie Pastusiak trafił na wyjątkowo prymitywnego teścia-prominenta. Nawet wśród ludzi komunistycznego betonu niewiele było osób tak mocno ograniczonych mentalnie poprzez skłonności do ulegania najgłupszym marksistowskim formułkom. Dobrze ujawnia to prezentowana już na początku książki T. Torańskiej „Oni” rozmowa z E. Ochabem. Ochab z werwą wymyślał na rządy II RP jako rzekome rządy faszystowskie, „rządy hańby narodowej:; w swych atakach nie oszczędzał nawet tak wielkich postaci sprzed wojny jak wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski. I szedł dalej w wymyślaniu w broszurowym stylu na „reakcję” z Londynu, „opryszków z NSZ”, „pogrobowców reżimu Berezy” etc, etc. Nawet Gomułce dostały się odeń odpowiednio mocne epitety. Sfrustrowany, po odsunięciu od władzy, Ochab nazwał Gomułkę w rozmowie z Torańską „mętną głową ze skrzywieniami nacjonalistycznymi”. Nie mógł darować Gomułce krytykowania KPP za niezrozumienie spraw narodowych i traktowania niepodległości jako „sprawy nadrzędnej”. Nazywał te poglądy Gomułki „antyleninowskimi” i „antymarksistowskimi”. Nieprzypadkowo tak wychowywana w domu córka E. Ochaba Maryla Ochab była bardzo mocno związana z antynarodowymi michnikowcami. Sam A. Michnik przygotowywał ją do matury z historii (wg J. Eisler „Marzec 1968″, Warszawa 1991, s. 378).
W połowie lat 60. doszło do niesamowitej publicznej kompromitacji E. Ochaba, wówczas przewodniczącego Rady Państwa PRL. Siedział sobie wygodnie rozparty na trybunie przy Stadionie Dziesięciolecia na zakończenie kolejnego Wyścigu Pokoju, gdy podszedł do niego z mikrofonem znany sprawozdawca sportowy red. Tuszyński. Zwrócił się do Ochaba słowami: Panie Przewodniczący… Nie zdążył jednak nawet zadać pełnego pytania, gdy usłyszał wściekłe burknięcie rozzłoszczonego Ochaba: Nie jestem żadnym panem, tylko towarzyszem! Ochab nie zauważył, że tak grubiańsko pouczając red. Tuszyńskiego mówi do otwartego mikrofonu i jego pełne złości burknięcia usłyszały miliony słuchaczy w całej Polsce. Nieco skonfundowany red. Tuszyński natychmiast „poprawił się”, mówiąc: Towarzyszu Przewodniczący, jak oceniacie przebieg dzisiejszego wyścigu? W odpowiedzi usłyszał kolejne pełne złości burknięcie Ochaba: O mój Boże! Człowiek tak ciężko pracuje, a tu mu jeszcze głowę zawracają! Była to totalna kompromitacja Ochaba w kręgu milionów słuchaczy, którzy usłyszeli oba gniewne burknięcia przewodniczącego Rady Państwa. Gburowaty Ochab okazał się skrajnym hipokrytą. Kategorycznie żądał zwracania się doń per „towarzyszu”, a zaraz potem sam zawołał: O mój Boże!
Po tak żałosnym blamażu Ochab stał się w Polsce chyba najbardziej znienawidzonym wówczas komunistycznym prominentem, ośmieszanym w dziesiątkach złośliwych dowcipów krążących po całym kraju. Jeden z nich zapytywał: Dlaczego towarzysz Ochab wciąż biega po Warszawie z chorym pęcherzem? Bo wszędzie szuka – „Dla towarzyszy!”, a jest tylko: „Dla panów!”
Sam Longin Pastusiak, skądinąd wielce pracowity autor dziesiątków książek z tematyki zagranicznej, bardzo dobry znawca problematyki amerykańskiej, był niestety zawsze i konsekwentnie typem komunistycznego naukowca-propagandysty.
Przez lata wyżywał się niegdyś w skrajnych atakach na politykę amerykańską. Dziś, kiedy o Amerykanach, jako o sojusznikach, już tak pisać nie popłaca, wychwala różnych amerykańskich prezydentów, ale swe ideologiczne zajadłości rezerwuje głównie dla wewnętrznych spraw polskich. Nie tak dawno straszliwie się skompromitował pełnym ignorancji i nieprzytomnej wręcz stronniczości atakiem na tak zasłużoną dla Polski niepodległościową organizację WiN.
Zacierając znaczenie walki WiN-u przeciw sowieckim zbrojnym działaniom zmierzającym do ujarzmienia Polski, Pastusiak próbował publicznie oczernić WiN w Sejmie, przeciwstawiając się sejmowej ustawie ku czci zasług tej organizacji. Tym smutniejsze, że człowiek tak pozbawiony szacunku dla tradycji niepodległościowych, stał się marszałkiem Senatu w III Rzeczypospolitej!
„Odpowiednie” zabezpieczenie materialne znalazł syn Longina Pastusiaka – Feliks. Pracuje on od 11 lat w firmie Lwa Rywina Heritage Films na stanowisku specjalisty. Tym marszałek Senatu tłumaczy! fakt, iż billingi pokazały, że z domowego telefonu L. Pastusiaka dzwoniono ponad sto razy do wspomnianej firmy Rywina.
MARCIN ŚWIĘCICKI (ZIĘĆ BYŁEGO CZŁONKA BIURA POLITYCZNEGO KC PZPR)
Były sekretarz KC PZPR, a później prezydent Warszawy z ramienia Unii Wolności – Marcin Święcicki jest szczególnie spektakularnym symbolem dogadywania się między „czerwonymi” a „różowymi” w okresie po 1989 roku. Ojciec Marcina Święcickiego – Andrzej Święcicki był przez wiele lat przewodniczącym warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej. Został zmuszony do złożenia prezesury KIK-u w 1986 roku z powodu jego powszechnie krytykowanej zgody na uczestnictwo w Radzie Konsultacyjnej przy Przewodniczącym Rady Państwa PRL. Jeszcze pod koniec działania Rady prof. Święcicki dość szczególnie próbował wytłumaczyć swoje uczestnictwo w niej, mówiąc: (…) Dlatego siedzę na tej Sali, że już 13 grudnia, przyznaję, miałem inny stosunek do decyzji wprowadzenia stanu wojennego niż większość moich kolegów. Uważałem, że jest to zło, ale zło konieczne (…).
Młody Marcin Święcicki początkowo zaczynał swą życiową karierę jako członek KIK-u, choć już wówczas akcentował bardzo mocno poparcie dla socjalizmu. W publikowanej w 1968 roku w „Więzi” ankiecie pisał w imieniu młodych, którzy akceptują główne założenia ustroju socjałistycznego, a jednocześnie wierzą w istnienie Niewidzialnego. Wręczona mu przez kolegów z KIK-u karykatura przedstawiała Święcickiego z krzyżem w jednej ręce, a sierpem w drugiej. W 1974 roku wstąpił do PZPR. Usprawiedliwiał później tę decyzję tym, że jako ekonomista tylko w ten sposób będzie mógł zrobić coś pożytecznego. Bliskie związki z „czerwoną” nomenklaturą zapewnił mu odpowiedni ożenek.
Ożenił się z córką jednego z największych prominentów PRL, Eugeniusza Szyra, bardzo poważnie odpowiedzialnego za dewastację polskiej gospodarki (Szyr był ministrem budownictwa w 1956 roku, wiceprezesem Rady Ministrów (1959-1972), przewodniczącym Państwowej Rady Gospodarki Materialnej (1959-1972), ministrem gospodarki materiałowej (1976-1981), członkiem KC PZPR (1948-1981) i członkiem Biura Politycznego KC PZPR (1964-1968)).
Szyr był jednym z członków frakcji żydowskiej, tzw. pulawian w KC PZPR.
Młody Święcicki po pracy na Uniwersytecie i dłuższym pobycie na studiach w USA pracował w Urzędzie Planowania i w rządowej Komisji Planowania. W latach 80. pracował w Konsultacyjnej Radzie Gospodarczej prof. Czesława Bobrowskiego, w latach 1987-1989 był jej sekretarzem generalnym. Później chwalił się, że równolegle do swej działalności w PZPR utrzymywał kontakty z ludźmi zaangażowanymi w podziemnej opozycji. W 1995 roku wystąpił publicznie wobec dziennikarzy z rewelacją, iż po grudniu 1981 roku zasłużył się w ukrywaniu pary działaczy solidarnościowych, oczywiście tych z nurtu opozycyjnej lewicy laickiej. Zwierzał się: Była u mnie zastępczyni redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” pan Helena Łuczywo z mężem, kiedy poszukiwano ich listami gończymi po ogłoszeniu stanu wojennego.W 1989 roku był jednym z przedstawicieli strony rządowej przy „okrągłym stole”, a w czerwcu 1989 roku został wybrany do Sejmu z listy PZPR. Z inicjatywy Mieczysława F. Rakowskiego został sekretarzem KC PZPR do spraw ekonomicznych. Nagle zaczęły owocować jego dawne kontakty z lewicową częścią opozycji, która zdominowała środowisko tworząc rząd Tadeusza Mazowieckiego. We wrześniu 1989 roku został ministrem współpracy gospodarczej w rządzie Mazowieckiego. Był jednym z najbardziej nieudolnych ministrów w rządzie Mazowieckiego. Wiele osób obciążało go bardzo ciężką odpowiedzialnością za brak odpowiedniej kontroli i decyzji, które położyłyby kres patologiom polskiego importu, skrajnie zliberalizowanego w owym czasie. Ułatwiało to powstawaniu i piętrzeniu się różnych afer, które kosztowały Polskę biliony złotych, od afery alkoholowej po tytoniową i rublową (Rubel-gate). Święcickiemu zarzucano, że nie potrafił skutecznie i na czas wystąpić przeciw godzącym w interesy polskiej gospodarki patologiom.
Szczególnie ostro krytykowano skrajną „niefrasobliwość” i nieodpowiedzialność Święcickiego jako ministra współpracy gospodarczej z zagranicą w kontekście tzw. Rubel-gate (afery rublowej).
Stopniowo Święcicki zaczął coraz bardziej zbliżać się do Unii Demokratycznej. Po wejściu do niej stosunkowo szybko został wybrany do prezydium warszawskich władz UD. W wystąpieniach na spotkaniach Unii szczególnie ostro przeciwstawiał się wszelkim formom lustracji, piętnował „nacjonalistyczną i ksenofobiczną prawicę”, która obawia się współpracy z międzynarodowym Funduszem Walutowym, obawia się integracji europejskiej. W 1993 roku wszedł do Sejmu z ramienia Unii Wolności.
W 1994 roku został prezydentem Warszawy dzięki zawartej przez Geremka i Kwaśniewskiego w imieniu UW i SLD czteroletniej samorządowej umowy koalicyjnej. Czteroletnia prezydentura Święcickiego okazała się jednym wielkim pasmem nieudolnych decyzji, bezhołowia i bałaganu. W „Rzeczpospolitej” z 15 stycznia 1998 r. cytowano opinię jakiegoś wysokiego urzędnika miejskiego, który uskarżał się, że Święcicki zajmuje się duperelami, które nie powinny zajmować prezydenta. Przysyła mi pisma w jakiejś jednostkowej sprawie. A to powinni załatwić ludzie mu podlegli. Autor tekstu w „Rzeczpospolitej” Filip Frydrykiewicz przypominał dość szczególne kierunki „działań” Marcina Święcickiego jako prezydenta Warszawy: (…) Lata helikopterem nad Warszawą z Michaelem Jacksonem, wmurowuje kamień węgielny pod nowy biurowiec, jeździ na rowerze podczas festynu lub daje sobie zmyć głowę piwem podczas zabawy barbórkowej górników z warszawskiego metra. Tymczasem mieszkańcy stolicy oczekują, że zapewni im wygodną komunikację, dobre drogi, czyste ulice i smaczną wodę w kranach (…).
JAN RUTKIEWICZ (PASIERB SEKRETARZA KC PZPR)
Ciekawy jest rodowód Jana Rutkiewicza, byłego burmistrza warszawskiego Śródmieścia, najbogatszej dzielnicy Warszawy, mającego ogromne możliwości rozstrzygania w sprawach budynków o wielkiej wartości materialnej. Wywodzi się on ze starej komunistycznej rodziny. Jego ojciec był znanym działaczem komunistycznym, który zginął w czasie wojny, matka Maria, agentka sowiecka, po przyjeździe ze Związku Sowieckiego była radiotelegrafistką u sekretarza KC PPR Marcelego Nowotki. Po wojnie matka Rutkiewicza wyszła za mąż za Artura Starewicza, znanego później jako jednego z czołowych przedstawicieli frakcji żydowskiej, tzw. puławian w opisanym przez W. Jedlickiego długotrwałym konflikcie „chamów” i „Żydów” w KC PZPR.
Starewicz był kierownikiem wydziału propagandy masowej KC PZPR w okresie najgorszego stalinowskiego zakłamania (od grudnia 1948 do maja 1953 r.). Od maja 1953 r. do stycznia 1954 r. kierował Wydziałem Propagandy i Agitacji, a od grudnia 1956 do lipca 1963 r. był kierownikiem Biura Prasy KC PZPR. Od 1963 do 1970 r. był sekretarzem KC PZPR.
Jak pisano w tekście Stanisława Mizerskiego o Rutkiewiczu na łamach „Życia Warszawy” z 18 lutego 1994 r. jego wychowanie w kręgu partyjnej elity sprawiało, że: W domu na co dzień widywał ludzi, którzy, podobnie jak on sam, należeli do odrębnego, uprzywilejowanego świata. Jeździł na wakacje do specjalnych ośrodków, jadał w specjalnych stołówkach, chodził do specjalnych kin.
Wychowanie w takiej elitarnej aurze, pod opieką ogromnie wpływowego ojczyma, przez wiele lat faktycznego dyktatora komunistycznych mediów, zostawiło na Rutkiewiczu różne dość szczególne nawyki. Z jednej strony sam szczerze wyznawał: Chamstwo przychodzi mi bez większego trudu. Z drugiej strony, nie przypadkowo, odznaczał się ogromną awersją do rozwiązywania różnych naruszeń własności prywatnej w dobie PRL-u i zwrotu mienia wówczas zagrabionego prawowitym właścicielom. W końcu mienie to grabili w swoim czasie ludzie z tak bliskiej mu przez dziesięciolecia komunistycznej elitki. Czy można było więc szkodzić „swoim”? Wobec „innych”, zwłaszcza tych ze strony solidarnościowej popisywał się ogromną arogancją i butą.
Na przykład usilnie blokował zapewnienie w Warszawie lokalu dla kabaretu słynnego z prosolidarnościowej postawy Jana Pietrzaka. Gdy doszło do sporu wokół tej sprawy burmistrz Rutkiewicz powiedział na konferencji prasowej: Uznaliśmy, że pan Pietrzak jest osobą niegodną zaufania, jak dzicy handlarze uliczni (według „Polityki” 22 czerwcal991 r.). Oburzony Pietrzak komentował w „Polityce”: Gmina Śródmieście nie sprzedaje lokali użytkowych, lecz je przydziela według absolutnie dowolnych kryteriów. Urzędnicy z sufitu wyznaczają czynsze, nie ogłaszają publicznych przetargów, stosują tysiące sztuczek, żeby spławić niewygodnego interesanta, nie odpowiadają na podania, gubią papiery, unikają niechcianych rozmówców itd. Stosują wszystkie zdobycze realnego socjalizmu, służące zniechęceniu nielubianego petenta. A który petent lubiany, a który nie, to już oni dobrze wiedzą. To jest czysty PRL w bezkarnym rozkwicie.
Wśród lubianych przez Rutkiewicza byli oczywiście ludzie ze starej nomenklatury. Ten sam burmistrz Rutkiewicz, który byt tak niechętny wobec opozycyjnego Pietrzaka, okazał diametralnie odmienne podejście w stosunku do J. Urbana. Bardzo chętnie podpisał z Urbanem umowę wieloletniej dzierżawy na lokal w centrum miasta, i to w oparciu o niskie czynsze (por. K. Andrzejewska „Urban… byłam jego żoną…”, Gdańsk 1993, s. 268). Nieprzypadkowo również właśnie burmistrz J. Rutkiewicz był szczególnie mocno odpowiedzialny za spowodowanie 4 czerwca 1953 r. bezprawnej i brutalnej akcji policyjnej wobec prawicowych manifestantów przy Placu Zamkowym.
Mało przypadkowe wydają się u tego pasierba Starewicza również i takie decyzje, jak sprzedanie w kwietniu 1990 r. żydowskiej Fundacji im. Rodziny Nissenbaumów dosłownie za bezcen potężnego 11-piętrowego gmachu PAST-y z ponad czterema tysiącami metrów kwadratowych powierzchni i dużą salą konferencyjną. Ten wielki gmach, położony parę metrów od głównej ulicy stołecznej sprzedano za niewiele ponad półtora miliarda ówczesnych złotych, czyli za równowartość miesięcznego czynszu (według „Polityki” z 22 września 1990 r.). Aby Nissenbaumom stworzyć jeszcze korzystniejsze warunki kupna, roczny czynsz 750-metrowej działki przy ul. Zielnej, na której stoi biurowiec, ustalono na 2 miliony złotych. W momencie, gdy Fundacja im. Rodziny Nissenbaumów zwróciła się we wrześniu 1989 r. o odstąpienie jej PAST-y, żaden członek zarządu fundacji nie miał nawet polskiego obywatelstwa. Pomimo tego Urząd Dzielnicowy Warszawa Śródmieście, podległy burmistrzowi J. Rutkiewiczowi przyznał Nissenbaumom budynek po skrajnie zaniżonej cenie. Skandal był tym większy, że chodziło o gmach upamiętniony szczególnie heroicznym wyczynem w dobie Powstania Warszawskiego, sławnym zwycięskim atakiem AK-owców z batalionu im. J. Kilińskiego.
Trzeba było dopiero usilnych i długotrwałych protestów kombatantów, popieranych przez różne organizacje społeczne, by doprowadzić do anulowania tej niczym nieuzasadnionej, poza osobistymi predylekcjami, decyzji burmistrza J. Rutkiewicza.
Dodajmy, że burmistrz Rutkiewicz był współodpowiedzialnym za pomysł zdeformowania głównego warszawskiego miejsca pamięci narodowej – okolic Grobu Nieznanego Żołnierza. Za aprobatą burmistrza Rutkiewicza 17 grudnia 1993 r. na Placu Piłsudskiego, w pobliżu Grobu Nieznanego Żołnierza, ustawiono koszmarny biało-niebieski namiot cyrkowy. Dopiero długotrwałe jednomyślne potępianie tej decyzji ze strony różnorodnych organizacji partyjnych partii politycznych zmusiło w końcu (w styczniu 1994 r.) władze miejskie do wycofania się cichaczem z całej tak skandalicznej inicjatywy (por. szerzej: J.R. Nowak „Zagrożenia dla Polski i polskości”, Warszawa 1998, t. I, s. 232-234).
KARIERA PREMIEROWICZA L. MILLERA (JUNIORA)
Znamy już aż nadto czarny bilans rządów Leszka Milłera (seniora), które doprowadziły Polskę na skraj katastrofy. Tu chciałbym zająć się tylko jednym zbyt mało znanym wątkiem najnowszych dziejów rodu Millerów. Tym jak młody Miller – junior prosperował w biznesach w cieniu szczytów politycznej kariery swego ojca. Jak bardzo prosperował świadczy ocena Anity Gargas na łamach „Gazety Polskiej” z 4 czerwca 2003 r. Pisała tam, iż wygląda na to, że bez Leszka Millera juniora nie może się w Polsce obejść niemal żaden intratny interes. „Arcyzdolny” premierowicz błyskawicznie po ukończeniu SGPiS-u zajął miejsce we władzach paru spółek, w tym Rady Nadzorczej Zakładów Tłuszczowych Molmar w Bodaczowie k. Zamościa. W 1997 r. zatrudniono go za 5 tys. miesięcznie (plus premie uznaniowe) w spółce DS., zależnej od kontrolowanego przez SLD KGHM. Jego obowiązkiem miało być reprezentowanie DSI wobec potencjalnych akcjonariuszy i prowadzenie negocjacji kapitałowych, a faktyczny czas pracy miał sam organizować samodzielnie. Według A. Gargas: W spółce nie ma śladów po jego pracy.
Do wspomnianej sprawy dorabiania w KGHM przez Millera juniora nawiązał Bronisław Wildstein w tekście publikowanym na łamach „Rzeczpospolitej” z 7 października 2002 r., pisząc: W przygotowanym przez rząd raporcie o spółkach skarbu państwa wypłynęła sprawa płacenia przez KGHM synowi Leszka Millera (nie bardzo wiadomo, za co) miesięcznej pensji w wysokości pięciu tysięcy złotych. Premier zapytany o to powiedział, że czuje się dotknięty, iż syn jego dostawał mniej niż sekretarka i szoferfaluzja do innych skandali ujawnionych przez raport). Świadkowie wybuchnęli śmiechem i sprawa się skończyła. W krajach cywilizowanych demokracji premier nie tylko nie mógłby się tak zachować, ale musiałby się z tego wytłumaczyć, gdyż nie skończyło się na śmiechu dziennikarzy. Ci zrobiliby z tego publiczną sprawę numer jeden i zmusiliby premiera do zmiany zachowania.
Szef sejmowej Komisji Skarbu, poseł Wiesław Walendziak, komentował: W standardach zachodnich jest nie do wyobrażenia, by nie było wiadomo, z czego utrzymuje się syn premiera. Nie funkcjonuje tam takie pojęcie, jak zakonspirowani członkowie rodziny szefa rządu.
Po odejściu z DI premierowicz pracował m.in. w spółce TDA Central Europę, a potem w TDA Capital Partners. A. Gargas przypomniała, że w swoim czasie TDA TFI S.A. otrzymała jednoosobową decyzją prezesa Grzegorza Wieczerzaka przelanie 225 milionów złotych ze środków PZU Życie. Kontrola NIK-u oceniła, że włożenie tych pieniędzy było decyzją błędną.
Biznesy premierowicza szły tak dobrze, że w 2001 r. pożyczył ojcu 70 tysięcy złotych wraz z żoną dysponuje luksusowymi autami audi i BMW i stać go było na czesne na sumę ponad 30 tysięcy rocznie dla córki uczęszczającej do amerykańskiej szkoły (według tekstu A. Gargas).
CZY GROZI NAM DYNASTIA KWAŚNIEWSKICH?
Od wielu lat obserwujemy niebywale szeroko rozwiniętą kampanię propagandową na rzecz Jolanty Kwaśniewskiej po cichu przygotowującą grunt dla jej kampanii prezydenckiej. Szokuje wprost ilość tekstów wywiadów z Kwaśniewską czy panegiryków na jej temat drukowanych w popularnych magazynach ilustrowanych, zwłaszcza kobiecych, wychwalających pod niebiosa jej dobroczynność, wrażliwość, mrówczą „pracowitość”, i w ogóle sylwetkę duchową pozbawioną jakichkolwiek najmniejszych nawet wad. Dziś, niestety, nie można całkiem wykluczyć, że wielka propagandowa hucpa na rzecz Kwaśniewskiej w najbardziej wpływowych mediach może doprowadzić do zapewnienia jej prezydentury. Obudzilibyśmy się wtedy w atmosferze godnej najgorszych standardów azjatyckich. Taki wybór żony aktualnego prezydenta natychmiast po jego kadencji byłby niemal lustrzanym odbiciem sytuacji w azjatyckim Azerbejdżanie. W kraju tym po zmarłym postkomunistycznym prezydencie rządy objął jego syn. Trzeba tu przyznać, że nawet wiceprzewodniczący SLD Andrzej Celiński żachnął się na groźbę zrealizowania się w Polsce takiego azjatyckiego scenariusza.
W wywiadzie dla Andrzeja Brzezieckiego z „Tygodnika Powszechnego” 11 stycznia 2004 r. powiedział: Humorystycznym elementem polskiego życia umysłowego jest to, że dziennikarze wymyślają różne scenariusze, kto wie, czy nie dla zwiększenia nakładu, a politycy to ze śmiertelną powagą komentują. Zwieńczeniem tej zabawy jest pomysł, by żona byłego prezydenta – Jolanta Kwaśniewską była prezydentem, a szefem lewicowej opozycji został jej mąż, były prezydent Aleksander Kwaśniewski. Obywatel Europy popatrzy na Polskę, na niektóre kraje byłego Związku Radzieckiego, chwilę pomyśli albo nie pomyśli – i różnicy nie dostrzeże. Tam dynastie, tu dynastie. Trochę gorzkie mogą być owoce tych zabaw.
DYNASTIA KŁAMCZUCHÓW
Dodajmy, że byłaby to zarazem swego rodzaju „dynastia klamczuchów”. Jolanta Kwaśniewską dowiodła już bowiem, że w kunszcie kłamania nie ustępuje nawet swemu mężowi Aleksandrowi, godnemu do zdobycia laurów antykłamcy! Dość przypomnieć choćby jak nachalnie kłamała w swoim czasie na temat rzekomego wyższego wykształcenia swego męża. Jak to precyzowała minister D. Waniek: Pani Kwaśniewską mówiła, że dokładnie pamięta (podkr. – J.R.N.), że poznali się w czasie zdawania przez Aleksandra Kwaśniewskiego ostatniego egzaminu w toku studiów. Zapamiętała to wydarzenie dlatego, ze oboje czekali pod drzwiami egzaminatora i tak się zaczęło (cyt. za: A. Gargas „Tera Jola!”, „Gazeta Polska” z 3 grudnia 2003 r.)
Kłamstwo to zostało miażdżąco przygwożdżone przez publiczne jednoznaczne wyjaśnienie rektora Uniwersytetu Gdańskiego. Stwierdził on, że Kwaśniewskiego skreślono w 1978 roku z listy studentów, bo nie zdał dwóch egzaminów i nie otrzymał jednego zaliczenia. Sam Kwaśniewski przyznał później, że nie obronił pracy magisterskiej. Tłumaczył to tym, że machnął ręką na dyplom, gdyż ogarnęła go „straszliwa potrzeba wolności”. Przypomnijmy: ta rzekoma „straszliwa potrzeba wolności” wyraziła się u Kwaśniewskiego przede wszystkim w zlekceważeniu wartości ukończenia studiów w sytuacji, gdy nagle zabłysnęła przednim prawdziwie „wolnościowa” kariera komunistycznego aparatczyka i „wolność” od poważnych wysiłków dla napisania pracy magisterskiej!
W „Dzienniku Polskim” z 4 listopada 2003 r. przypomniał: Niewiele osób zapewne pamięta, że podczas kampanii prezydenckiej w 1995 r. Jolanta Kwaśniewską raz po raz publicznie zapewniała, że jej mąż jest magistrem. To było wtedy bardzo ważne. Niemal ze stuprocentową pewnością można powiedzieć, że gdyby wtedy, 8 lat temu, przyznała, iż Aleksander Kwaśniewski skłamał, twierdząc, że obronił pracę magisterską, to Lech Wałęsa zostałby na drugą kadencję. W „Klubie pod Jaszczurami” natomiast z boleścią w głosie opowiadała o tym, jakim koszmarem, złym snem, wręcz nieszczęściem był dla niej wieczór wyborczy w listopadzie 1995 r., gdy stało się jasne, że jej mąż wygrał z Wałęsą. Można sobie doprawdy wyobrazić jej ogromne, niewymowne „cierpienie” z powodu triumfu jej męża, którego tak wspierała swymi kłamstwami. Dzięki nim wyborcy wybierali przecież między wykształconym rzekomo „magistrem” Kwaśniewskim a tylko absolwentem zawodówki Wałęsą!
Z KORONOWANYMI GŁOWAMI ZA PAN BRAT
„Dynastycznym” przygotowaniom prezydentowej Kwaśniewskiej od lat towarzyszą gorączkowe wysiłki dla zdobycia jak najbliższych kontaktów, i wręcz zażyłości w kręgach monarchów. Ciekawe, że nie ukrywano tych czasami wręcz groteskowych starań nawet na łamach związanej z SLD „Trybuny”. W publikowanym tam na łamach „Magazynu Trybuny” (nr 40 z 2003 roku) panegirycznym tekście „Kobieta z kryształu” akcentowano: Na prezydentowej zawsze wielkie wrażenie robiły osobiste spotkania z koronowanymi głowami. – „Miałam ogromną przyjemność i honor być zaproszona do królewskiej Zofii. Jej córka wyjechała i został w pałacu malutki wnuczek. Dla mnie możliwość kołysania następcy tronu, który leży na haftowanej podusi, i trzymania go za pulchną łapkę, było czymś fantastycznym. To jest trochę takie życie z bajki” („Viva”).
Te egzaltowane westchnienia o królewskiej haftowanej „podusi” dowodziły, że Kwaśniewską w swym dążeniu do zdobywania popularności nie chce stracić żadnego środowiska, łącznie z najbardziej prostymi, ale za to tym bardziej snobistycznymi gospodyniami domowymi.
Kwaśniewską już coraz chętniej przechwala się też efektami swych fraternizacji z monarchami. Na przykład w wywiadzie dla Piotra Najsztuba w „Vivie” z 17 grudnia 2001 roku zamarkowała już wątek szansy dla Kwaśniewskich na trwałe skoligacenie z rodami monarszymi. Oto – według niej – para królewska Luksemburga wysunęła kiedyś propozycję skoligacenia 40-letniego księcia Filipa z młodą córką prezydentowej Kwaśniewskiej.
Rodzina Kwaśniewskich ogromnie zabiega o jak najpełniejsze wprowadzenie swej żeńskiej latorośli w tzw. Wielki Świat, zwłaszcza na bale miliarderów i arystokratów. I tak np. córeczkę Aleksandra i Jolanty Kwaśniewskich, młodą prezydentównę, wyprawiono 1 grudnia 2001 roku na wielką eskapadę do Paryża – na wspaniały bal z udziałem 24 panien i 24 kawalerów z „dobrych domów”: księżniczek i hrabianek, córeczek miliarderów etc. Profesor Tomasz Strzembosz komentował ten dość szczególny ewenement na łamach „Tygodnika Solidarność” z 14 grudnia 2001 r. w tekście „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się”: (…) nie zdziwiła, a przy tym lekko rozbawiła łatwość, z jaką ludzie jeszcze przed laty reprezentujący „państwo proletariatu” i „partię proletariatu”, ziejącą „etatową” nienawiścią do wszelkich książąt, hrabiów i szlachty (…) przyklejają się dziś do „wielkiego świata” arystokracji rodowej i finansowej, do świata „zgniłego Zachodu”.
Do przedwczoraj reprezentowali ludzi ciężkiej pracy i często jeszcze cięższej nędzy, robotników oraz kołchozowe i sowchozowe chłopstwo (…), a obecnie czynią wszelkie wysiłki, aby wcisnąć się pośród tych, których jeszcze niedawno uważali za zło tego świata.
Zabiegi Kwaśniewskiej o fraternizacje z monarchami i arystokracją nabierają coraz większego wigoru.
We wspomnianej już „Trybunie”, prasowej kontynuatorce proletariackiej „Trybuny Ludu” z zapałem akcentowano, że wizerunki J. Kwaśniewskiej: Nieraz żywo przypominają portrety królowej Elżbiety II. Powstaniu takiego wizerunku sprzyjają też dziesiątki wywiadów i wypowiedzi Kwaśniewskich, w których niemal zawsze, w takim lub innym kontekście, pojawia się motyw kontaktów z największymi rodami arystokratycznymi, udziału w imprezach organizowanych przez „błękitnokrwistych”, rozmowach, balach itp.
DYNASTYCZNA ZAPOBIEGLIWOŚĆ
Z monarszych „cnot” Kwaśniewscy już mają jedną bardzo rozwiniętą, i to nawet w nadmiarze – zapobiegliwość w mnożeniu rezydencji i ich „hojnym” wyposażaniu. Ostatnio dowiedzieliśmy się o powstającej w Wiśle kolejnej rezydencji dla prezydenta RP. Zubożeni polscy podatnicy zapłacą ponad 22 miliony złotych za remont i przystosowanie dla prezydenta Kwaśniewskiego zameczku w Wiśle, użytkowanego w ostatnich 20 latach przez jedną ze śląskich kopalń. Na samo tylko wyposażenie kuchni w nowej rezydencji na obsługę ok. 40 osób ma być wydane 414 rys. zł. Według ocen fachowców, przeciętne normalne koszty wyposażenia kuchni tego typu przygotowującej nawet wykwintne posiłki wynosi ok. 70 osób (wg „Super Ekspressu” z 25 marca 2004 r.). Dlaczegóż miałby jednak oszczędzać prezydent RP z tak „dynastycznymi” ambicjami?
Ostatnio mieliśmy kolejny przykład „zapobiegliwości” prezydentowej Kwaśniewskiej. Wśród wilanowskich domów jednorodzinnych nagle wyrósł pomimo protestów mieszkańców z sąsiadujących domów, wielorodzinny kilkukondygnacyjny budynek – apartamentowiec, niszczący kameralny charakter dzielnicy. Budowę przeforsowano pomimo protestów dzięki obecności w gronie inwestorów Jolanty Kwaśniewskiej (wg „Rzeczpospolitej” z 24 marca 2004 r.).
Kwaśniewska była współwłaścicielką jednej z dwóch działek (działki o pow. 981 m kw.), na której zbudowano apartamentowiec, wbrew uprzedniej miażdżąco negatywnej opinii w tej sprawie ze strony Komisji Zagospodarowania Przestrzennego i Gospodarki Gruntami Rady Gminy. Jak celnie skomentowała powyższy fakt prof. Jadwiga Staniszkic, J. Kwaśniewska odsłoniła w całej sprawie swą prawdziwą twarz „zimnej biznesswoman”.
KREOWANIE SIĘ NA „ŚWIĘTĄ JOLANTĘ”
Pomimo że wypowiedzi prezydentowej Kwaśniewskiej ujawniające jakiekolwiek poglądy są żenująco rzadkie, to jednak i tak parę z nich wystarczyło do jej całkowitego zbłaźnienia. Faktycznie można by je cytować jako „perełki” godne do potraktowania jako przejawy prawdziwego „humoru z zeszytów szkolnych”! Oto na przykład w styczniu 2001 r. zapytana, co myśli o nieobecności Prymasa Polski na uroczystości zaprzysiężenia A. Kwaśniewskiego na prezydenta RP, Jolanta K. odpowiedziała ze swadą, iż ją to bardzo dziwi. Przecież prezydent to pomazaniec Boży, wybrany przez naród (wg „Życia” z 17 stycznia 2001 r.). Wszystko przebiła jej wypowiedź na spotkaniu z licznie zgromadzoną publicznością w krakowskim „Klubie pod Jaszczurami”, gdzie sama siebie awansowała do rangi nowych świętych (!)
Jak pisał Włodzimierz Knap w krakowskim „Dzienniku Polskim” z 4 listopada 2003 r. Jolanta Kwaśniewska: jest absolutną mistrzynią mówienia o sobie w samych superlatywach, a czyni to w taki sposób, że coraz więcej Polaków jest przekonanych, iż można w jednym szeregu postawić Jolantę Kwaśniewska z Matką Teresą z Kalkuty. Pani prezydentowej chyba już teraz wydaje się, że przerosła tę wielką postać. To nie żart. – „Gdyby teraz zgasło światło, to z pewnością zobaczylibyście państwo nad moją głową aureolę. Jestem bez skazy” (podkr. – J.R.N.) – mówiła.
Przypuszczalnie Jolanta Kwaśniewska nie pozwoliłaby sobie na aż tak hucpiarską samoreklamę i peany o swojej „świętości” w wypowiedziach do szerszego kręgu osób, np. w telewizji. Na spotkaniu w „Klubie pod Jaszczurami” mówiła jednak do „swoich”, w ramach Salonu postkomunistycznego „Polityki”. Wiedziała więc, że przełkną bez mrugnięcia okiem nawet jej najbardziej szokujące samochwalstwa!
II. Klany w mediach
ROBERT KWIATKOWSKI (SYN PROMINENTA Z CZASÓW JARUZELSKIEGO)
Telewizja stała się od wielu lat najgorszym przykładem szkód, jakie przynosi maksymalne upartyjnienie mediów. Wielką rolę w doprowadzeniu telewizji publicznej do tak patologicznego stanu odegrał niedawno zmuszony do wcześniejszej rezygnacji z prezesury TVP Robert Kwiatkowski. Stał się on prawdziwym symbolem rządzonej żelazną ręką telewizji partyjnej. W świecie mediów i polityki ironicznie nazywa się go „Brunatnym Robertem” (wg „Rzeczpospolitej” z 8 lutego 2003 r.).
Reżyser Kazimierz Kutz, skądinąd związany z tak długo hołubioną przez Kwiatkowskiego Unią Wolności, w wywiadzie na łamach „Przekroju” nazwał R. Kwiatkowskiego współczesnym politrukiem, młodym komisarzem partyjnym. Zastanawiając się nad źródłami nader twardych działań R. Kwiatkowskiego w upolitycznianiu telewizji, wielu widzi w tym jego podejściu sporo cech odziedziczonych po ojcu – płk. Stanisławie Kwiatkowskim, jednym z najbliższych doradców gen. Jaruzelskiego. Uważany za „pieszczocha reżimu” płk Stanisław Kwiatkowski w latach 1982-1990 kierował utworzonym przez siebie Centrum Badania Opinii Publicznej. Centrum podlegało rządowi Jaruzelskiego i jego postkomunistycznym następcom, co wyraźnie „owocowało” w wynikach dostarczanych przez niego badań. Były one wyraźnie manipulatorskie, dokonywane pod kątem maksymalnego uwypuklania rzekomych sukcesów władzy gen. Jaruzelskiego, przy równoczesnym groteskowym wręcz stopniu pomniejszania znaczenia opozycji.
Na przykład według badań kierowanego przez płk. Kwiatkowskiego CBOS-u Wolną Europę w Polsce słuchało zaledwie 2 proc. społeczeństwa. Podobnie mało, rzekomo tylko parę procent społeczeństwa miało stanowić bazę potencjalnego poparcia dla opozycji (por. polemikę z tego typu wywodami płk. Kwiatkowskiego napisaną przez E. Wnuk-Lipińskiego na łamach „Res Publiki” z grudnia 1998 r.).
Sam płk Kwiatkowski kiedyś nieopatrznie „zdradził się” jak tendencyjnie podchodzi do badań opinii publicznej. W „Biuletynie CBOS” (nr 1 z 1985 roku) deklarował: Będziemy w miarę możliwości starać się określać i uzupełniać stan wiedzy o faktycznym położeniu społeczno-ekonomicznym klasy robotniczej na tle innych klas i warstw. Z biegiem czasu zaczniemy więc pełnić również funkcję ideologiczną. I stąd – prawdę mówiąc – ta bezstronność wynikająca z rzetelności naukowej, staje się w realizacji klasowa, a wiec stronnicza dla interesów robotniczych. „Stronnicza bezstronność”, którą wynalazł płk Kwiatkowski okazała się fatalna w skutkach dla PZPR. Szef CBOS swoimi wielce obiecującymi dla władzy optymistycznymi sondażami sprzed wyborów w czerwcu 1989 roku fatalnie uśpił bowiem otoczenie gen. Jaruzelskiego i Rakowskiego. A potem przyszła straszna wyborcza klapa!
Warto dodać do tego wszystkiego znane zacietrzewienie płk. Kwiatkowskiego we wszelkiego typu polemikach. K. Kutz pisał w liście do płk. Kwiatkowskiego z 29 stycznia 2003 roku, drukowanym na łamach „Przekroju”: Pan (…) obok donosu schodzi na poziom zniewag osobistych, za którymi czai się nienawiść osobista i ideologiczna. Wiele z tych brutalnych cech ojca – pułkownika najwidoczniej odziedziczył i jego syn, prezes TYP Robert Kwiatkowski.
Młody Robert Kwiatkowski szybko postawił – śladem ojca – na PZPR-owską władzę, zaraz po studiach rozpoczynając pracę w centrali ZSP przy Ordynackiej i wstępując do PZPR. Tak tłumaczył to już po latach: Zero ideologii. Wstępowałem do PZPR jako partii władzy, ale nie widziałem w tym nic złego. To był oportunizm (wg tekstu Luizy Zalewskiej w „Rzeczpospolitej” z 8 lutego 2003 r.). Szybko, podobnie jak ojciec, postawił na prorządową propagandę. W 1986 r. jako dwudziestopięcioletni wówczas przewodniczący Wydziału Propagandy Rady Uczelnianej UW ZSP „uczcił” X Zjazd PZPR „odpowiednim” artykułem na łamach „Studenta”, popierającym PZPR i wyrzekającym na kapitalizm.
Już po upadku systemu – w 1991 roku awansował na przedstawiciela ZSP w kontrolowanym przez Moskwę i uważanym za jej agenturę Międzynarodowym Związku Studentów w Pradze, skąd jednak już w 1992 roku powrócił do kraju. Znajomościom ojca zawdzięczał nagłe rozpoczęcie kariery w zupełnie innej dziedzinie. Powierzono mu kierowanie warszawskim biurem niemieckiej agencji reklamowej EBD, choć jak sam później przyznawał na łamach „Press”: Nie odróżniał wtedy przelewu od wyciągu.
Starzy wpływowi znajomi z ZSP szybko zadbali o przyspieszenie jego kariery wraz z pierwszym wyborczym triumfem postkomunistów. Pod koniec 1993 r. z inicjatywy Marka Siwca Krakowa Rada Radia i Telewizji powołała R. Kwiatkowskiego do rady nadzorczej Polskiego Radia. Wkrótce zaczęła się jego zażyła komitywa z ówczesnym przywódcą postkomunistów Aleksandrem Kwaśniewskim, która miała stać się główną dźwignią jego dalszej kariery. Zaangażował się w pierwszej kampanii prezydenckiej A. Kwaśniewskiego, głownie na falach telewizji. To on pozyskał dla kampanii Kwaśniewskiego francuskiego specjalistę od reklamy politycznej Jacąuesa Seąuelę. Wraz z Seąuelą układali pomysły chwytów na podirytowanie Wałęsy w czasie debaty telewizyjnej w stylu niby to przypadkowego spóźnienia się Kwaśniewskiego do studia telewizyjnego. Dzięki Kwaśniewskiemu jako nowemu prezydentowi został jako członkiem KRRiTV w miejsce Siwca. Pozostał w bardzo bliskich związkach z Siwcem mimo ogromnych różnic charakteru.
W „Rzeczpospolitej” cytowano wypowiedź jednego z członków KRRiTV: Siwieć to taki brat łata, równiacha. A Kwiatkowski to zimny technokrata. Określano go jako przedstawiciela pokolenia postkomunistycznych „młodych wilków”, dla których liczy się nie ideologia, ale uńadza i kasa (wg Ł. Perzyny w „Tygodniku Solidarność” z 21 lutego 2003 r.). Jako członek najwyższych władz radia i telewizji zrobił wszystko dla przekształcenia ich w czołowy bastion politycznych wpływów lewicy w 1977 r. przeprowadzając skuteczną wymianę władz w radach nadzorczych telewizji publicznej i radia. Efekt tych jego działań skomentowano jako: Czarny dzień polskich mediów. Postkomunistyczni protektorzy zadbali o odpowiednie uhonorowanie tych działań Kwiatkowskiego – 2 1998 r. został mianowany prezesem Zarządu TVP SA. W wygraniu rywalizacji o stołek prezesa ogromne znaczenie miał fakt, że Kwiatkowski równocześnie korzystał ze wsparcia dwóch różnych pokoleń środowisk lewicy. Jak pisano w „Rzeczpospolitej” z 8 lutego 2003 r. Kwiatkowski: Dzięki ojcu poznał generała i wielu ważnych ludzi schyłku PRL. Dzięki działalności w ZSP zyskał kontakty i poparcie „młodych”, czyli Kwaśniewskiego i Siwca.
Luiza Zalewska tak komentowała w „Rzeczpospolitej” poczynania Kwiatkowskiego jako szefa telewizji publicznej: Nie miał żadnych sentymentów, żadnych skrupułów. Stopniowo likwidował programy, które prezentowały inny niż liberalny i lewicowy stosunek do świata. Najpierw z ramówki spadły „Opinie”, potem „Fronda” (…). Pod rządami Kwiatkowskiego TVPfirmuje wielkie skandale – wywiad Piotra Gembarowskiego z Marianem Krzaklewskim w czasie kampanii w 2000 r., atak na braci Kaczyńskich i oskarżenia, że korzystali z pieniędzy FOZZ w kampanii w 2001 r. (…). Telewizja Kwiatkowskiego nie miała czasu na transmisję zjazdu „Solidarności” w 20. rocznicę związku, ale znalazła czas na transmisję meczu artystów, któremu przyglądała się prezydentowa. TVP nie pokazała Kwaśniewskiego, który chwiał się na nogach pod pomnikiem polskich oficerów w Charkowie, ale na żywo transmitowała jak prezydent przecinał wstęgę pod pomnikiem Chopina w Łazienkach.
Były szef Krajowej Rady Radia i Telewizji, poseł PiS Marek Jurek podsumowywał dość szczególne „zasługi” Kwiatkowskiego dla telewizji publicznej słowami: Wykorzystuje przewagę polityczną do prowadzenia za pomocą publicznej stacji nagonki na przeciwników SLD (cyt. za „Rzeczpospolitą” z 8 lutego 2003 r.). Mówiąc o Kwiatkowskim dla „Rzeczpospolitej” poseł M. Jurek akcentował: Dla mnie to też była ciekawa postać. Raził go na przykład przymiotnik „sowiecki”. Gdy ktoś rzucił na posiedzeniu coś o sowieckiej inwazji, aż się zatrząsł. Równie alergicznie jak na złe słowa o PRL, reagował na Kościół. Poprosiłem kiedyś, by w spornej sprawie poprosić o opinię duchownego, teologa moralnego. Kwiatkowski odparł wtedy: „Po to tu pracuję, abyśmy takich ludzi o zdanie nie musieli pytać”.
Wszechwładzę R. Kwiatkowskiego w TVP-ku jego strasznemu zaskoczeniu przerwały ostatecznie skutki afery Rywina. Na próżno podczas przesłuchań w tej sprawie szedł dosłownie „w zaparte”, próbując zanegować jakąkolwiek swoją rolę w całej aferze. Konsekwentnie próbował uciekać się do argumentów o zaniku pamięci, nadrabianych zgrabnymi ogólnikami. Przesłuchania komisji śledczej i informacji prasowe wyraźnie mnożyły jednak obciążające go dowody. W „Rzeczpospolitej” z 8 lutego 2003 r. tak akcentowano bliskie związki R. Kwiatkowskiego z Rywinem, pisząc: To on nieraz (sam i z żoną) wypoczywał w mazurskiej daczy Rywina zeszłego łata. To na niego wskazał Rywin pytany, z czyjej inspiracji zaproponował w lipcu ubiegłego roku Agorze układ – będzie mogła kupić Polsat, gdy zapłaci 17,5 min dolarów, które zasilą SLD. Oskarżenia Rywina (który ostatnio w liście do Kwiatkowskie bardzo go za to przepraszał) słyszeli naczelny „Gazety Wyborczej” Adam Michnik i premier Leszek Miller. To m.in. billingów Kwiatkowskiego i wykazu jego wizyt w Kancelarii Premiera oraz listy zapraszanych do jego gabinetu gości domagała się (bezskutecznie) opozycja w sejmowej komisji śledczej.
I tak wreszcie doszło do rzeczy jeszcze rok wcześniej niewyobrażalnej. W końcu największy bonza w telewizji, w całej jej historii po 1989 roku, został zmuszony do przedwczesnej rezygnacji.
JANUSZ ZAORSKI, SYN PRL-OWSKIEGO WICEMINISTRA
Telewizja polska ma wyraźnego pecha do synów PRL-owskich prominentów. Na długo przed R. Kwiatkowskim fatalnie zaciążyły na niej rządy Janusza Zaorskiego, syna PRL-owskiego wiceministra kultury w dobie Gomulki Tadeusza Zaorskiego. Tadeusz Zaorski (senior) jako wiceminister nadzorował kinematografię polską w „odpowiednim stylu”. Pod jego zarządem kinematografia ta wyspecjalizowała się w ciągłych bezlitosnych rozrachunkach z narodową historią, a zwłaszcza w pełnych fałszów atakach na polskie powstania i na tzw. bohaterszczyznę. Mając tak wpływowego ojca, Janusz Zaorski nieprzypadkowo zadebiutował jako reżyser już w wieku 23 lat, wcześniej niż ktokolwiek inny w polskim kinie. W 1968 roku pozycja jego ojca uległa jednak degradacji w efekcie wydarzeń marcowych. Sam J. Zaorski uskarżał się w rozmowie publikowanej na łamach „Rzeczpospolitej” z 20 września 1997 r., że w marcu 1968 roku zaatakowano jego ojca jako „filosemitę”.
W łódzkiej prasie dostało się również samemu J. Zaorskiemu, którego oskarżono o „kosmopolityzm”. Największym sukcesem Zaorskiego stał się nakręcony w latach 80. film „Matka Królów”, łzawy film fabularny o tragedii komunistów w dobie stalinizmu. (Rzecz znamienna: Zaorski eksponował tragedię niesłusznie napiętnowanych komunistów w odniesieniu do czasów, gdy dużo gorsze prześladowania spotykały patriotyczną i wierzącą niekomunistyczną część Narodu).
Jako prezes zarządu telewizji Zaorski jednoznacznie realizował politykę sprzyjającą dekomunizacji, a zarazem antypatriotyczną i pełną uprzedzeń wobec Kościoła. To on pierwszy na szeroką skalę przyjął „pionierską” zasadę „zsyłania” niewygodnych, bo patriotycznych czy rozliczeniowych programów na najgorszy czas telewizyjny około północy i w późniejszych godzinach. To za kadencji Zaorskiego doszło do najobrzydłiwszego obrażenia uczuć religijnych ogromnej większości Polaków. W tzw. kabarecie „Big Zbig Show”, pokazanym w poniedziałek wielkanocny 12 kwietnia 1993 r. bluźnierczo sparodiował wstrząsającą modlitwę Jezusa w Ogrójcu. Jako syn komunistycznego prominenta J. Zaorski okazał się szczególnie dobrze „przygotowany” do zapewnienia jak najszerszej komunistycznej rekonkwisty na terenie telewizji. Działania dla stopniowego i cichego rehabilitowania PRL-u łączył ze skrajną postawą „internacjonalistyczno-ateistyczną”, stwarzającą puklerz ochrony dla wszystkich ataków na patriotyzm i Kościół katolicki. Nader celnie określił rolę telewizji pod egidą Zaorskiego Jerzy Mikke w książce „Chwała i zdrada”, pisząc, że: ekipa Zaorskiego stworzyła system depolonizacji naszego społeczeństwa; funkcjonujący bez porównania skuteczniej niż w czasach Macieja Szczepańskiego czy Jerzego Urbana, choć ówczesna opozycja intełektuałna wobec reżimu mawiała o gmachu na Woronicza jak o „imperium „Zła” (J. Mikke „Chwała i zdrada”, Warszawa 1994, s. 140).
Dodajmy, że Janusz Zaorski jako prezes telewizji „wzbogacił” program małego ekranu o własny serial starannie deformujący polską historię – „Panny i wdowy” na podstawie scenariusza Marii Nurowskiej. Uznawszy, że oryginał Nurowskiej jest nazbyt „bogoojczyźniany” jak na jego gusty, Zaorski zabrał się do drastycznych poprawień, aby odpowiednio zmienić cały scenariusz na „ate-istyczno-internacjonalistyczny” (por. uwagi M.A. Kowalskiego „Pisarka i gwałciciel”, „Nowy Świat” z 14 grudnia 1992 r.). Marek Arpad Kowalski tak pisał o nadanej przez Zaorskiego wymowie serialu: Komuniści są prześladowani przez represyjny aparat państwa burżuazyjnego (…) mordowani, żyją w nędzy, zaś burżuazja i ziemiaństwo pławią się w rozkoszach pałacowych i jeżdżą do Paryża. Na dodatek w serialu pojawiły się rozliczne drwiny z historii Polski i religii.
Z oburzeniem zaprotestowała autorka pierwowzoru literackiego do serialu „Panny i wdowy” pisarka Maria Nurowska, pisząc w liście do „Gazety Wyborczej” z 17 listopada 1992 r.: Pierwszy odcinek „Panien i wdów” w reżyserii Janusza Zaorskiego, obecnego prezesa telewizji, jest parodią, a nawet kpiną z Powstania Styczniowego, ze związku kobiety z mężczyzną, nawet z religii (…). Zdzisław Bielecki, atakując serial Zaorskiego za wyszydzanie wartości narodowych drogi dla Polaków, pisał w „Polsce Dzisiaj” (nr 5 z marca-kwietnia 1993 r.): (…) Historia jest strażniczką narodu. Wypaczanie historii jest jak otwieranie granic przed najeźdźcami ducha. Te wartości, dzięki którym przetrwaliśmy jak Polacy lata zaborów, te wartości, które pchały nas do powstańczych zrywów, które pomogły przetrwać hitlerowską okupację i stalinowskie bezprawie, które zrodziły „Solidarność”, te wartości ośmiesza film „Panny i wdowy” (…).
Rozliczne protesty przeciwko deformującej i szkalującej dzieje Polski wymowie serialu Zaorskiego drukowano również na łamach codziennej prasy. M.in. Czesław Pawluczuk, piętnując takie „splugawienie historii Polski”, piętnował wydawanie publicznych pieniędzy na tego typu produkcje i ubolewał: szkoda, że nie ma u nas partii obrony kultury i historii Polski (por. „Życie Warszawy” z 3 grudnia 1992 r.).
W październiku 1993 r. telewizja wznowiła nakręcone w latach 80. Jezioro Bodeńskie” w reżyserii Janusza Zaorskiego. Film był jednoznacznym atakiem na polskość, która rzekomo dusi i przygniata. Recenzujący spektakl Zaorskiego Marek Arpad Kowalski, ubolewał na łamach „Myśli Polskiej” z 16 listopada 1993 r. z powodu „szydzenia” z polskości przez reżysera dla „samego szydzenia”, pisał o dziwnych polskich intelektualistach, którzy drżą ze strachu, gdy słyszą o polskości, narodzie, tradycji.
Prawdziwym „pójściem na całość” w przyczernianiu Polaków był wprowadzony na ekrany we wrześniu 1997 roku film Zaorskiego „Szczęśliwego Nowego Jorku”. Już w tytule wywiadu na temat tego filmu w „Gazecie Wyborczej” (z 26 września 1997 r.) zaakcentowano: My, Polacy, mamy mordy i ryje i dobrze, że Redliński to powiedział- mówi Janusz Zaorski. Film przynosił skrajnie zniekształcony, ciemny obraz amerykańskiej Polonii.
Janusz Wróblewski, przeprowadzający wywiad z Zaorskim w „Życiu”, wyraził swe osobiste zastrzeżenia przeciwko skrajnie ciemnemu obrazowi Polaków danemu we wspomnianym filmie. Począwszy od portretowania amerykańskiej Polonii w krzywym zwierciadle, odwołującym się do stereotypów, utrwalonych głównie w latach komunizmu po skrajne negatywne uogólnienia na temat Polaków jako takich. Mówił: Wysłuchując upokarzających tyrad o polskich mordach, odczuwam wstyd. Nie dlatego, że boję się spojrzeć w lustro, tylko z powodu zapiekłej nienawiści i niezrozumiałych kompleksów tych, którzy życzliwie mi przypominają, jacy to jesteśmy paskudni. Sądzi pan, że wizerunek Polaka-katolika.- pijanego, mściwego półanalfabety wciąż nas obowiązuje? Zaorski odpowiedział: Tak. Nic się nie zmieniło. A jeśli to na gorsze. Jesteśmy narodem nietolerancyjnym, szczerze się nienawidzącym (cyt. za rozmową J. Wróblewskiego z J. Zaorskim „Krzywe zwierciadło”, „Życie” z 26 września 1997 r.). Te wszystkie pełne zapiekłej nienawiści sądy o Polakach i polskim zaścianku wydaje człowiek szczególnie mocno odpowiedzialny za upadek polskiej telewizji, którą traktował głównie jako dogodne miejsce dla niezwykle opłacalnego eksponowania „talentów” całej swojej familii.
Jako prezes Zarządu TVP Zaorski bardzo troszczył się o odpowiednie promowanie swojej rodzinki, począwszy od żony, która jako szefowa spółki Vilm Production produkowała bardzo kosztowny program „Polskie Zoo”. Już po odejściu Zaorskiego z szefowania Zarządem TVP NIK ujawnił, że: TVP oddała producentowi „Polskiego Zoo” – firmie żony Janusza Zaorskiego — wszystkie prawa do programu, choć w całości pokrywała rosnące koszta jego produkcji (wg „Gazety Wyborczej” z 3 lutego 1994 r.). Przypomnijmy, że w „Tygodniku Solidarność” (nr z 27 sierpnia 1993 r.) zapytano Zaorskiego: Ilu pan ma krewnych, którzy pracują dla telewizji i dzięki telewizji zarabiają? Zaorski odpowiedział: Brat jest aktorem, a bratowa „robi” światło (bo takie uzyskała wykształcenie) w telewizji i tyko ona jest na etacie w TVP. Żona jest niezależnym producentem, pracuje też dla innych telewizji. Czy to źle, że mam zdolnego brata, bratową i żonę? (podkr. – J.R.N.).
Janusz Zaorski sam pokazał też niebywałe zdolności rodzinne do samo-reklamy. W parę dni po odejściu z prezesury Zarządu TVP wykorzystał swą uprzednią pozycję do podpisania umowy na nakręcenie w łódzkim ośrodku telewizyjnym serialu o samym sobie (Maił napisać jego tekst, wyreżyserować i oczywiście zagrać). Podpisał umowę na napisanie scenariuszy 15 odcinków tego serialu o wymownych tytułach: „Perforowana pępowina” (o swoich narodzinach), „Debiut” etc. Umowę podpisał 3 stycznia 1994 r. ze swym jeszcze parę dni przedtem podwładnym T. Filipczakiem, szefem ośrodka łódzkiego. Umowę podpisano bezprawnie, bez uzgodnienia z zarządem TVP, wbrew zaleceniom nakazującym takie uzgadnianie w przypadku umów powyżej sumy 500 min zł. Za pierwsze osiem odcinków telewizja zapłaciła Zaorskiemu 1 mld 120 zł; wstrzymano dopiero wypłatę za kolejnych siedem odcinków (por. A. Kublik „Prezes odcięty od pępowiny”, „Gazeta Wyborcza” z 4 czerwca 1994 r.). Kolejny przypadek dobrze ilustrujący jak ludzie z „elitki” dbają o swoje zabezpieczenie finansowe kosztem Narodu, którym gardzą i który ośmieszają.
Nader kabotyński wydawał się sam pomysł nakręcenia piętnastoodcin-kowego serialu o samym sobie. Trudno się więc dziwić złośliwemu pytaniu, jakie skierował w tej sprawie do Zaorskiego dziennikarz „Życia Warszawy” Rafał Szubstarski: Czy dwa lata na fotelu prezesa wpłynęły na pana tak wyjaławiająco, że nie mógł pan wymyślić innego tematu serialu niż pan sam?
„JADOWITA” OLEJNIK, CÓRKA PUŁKOWNIKA MSW
Najbardziej nagłaśnianą „gwiazdą” lewicowej publicystyki w radiu i telewizji jest od lat Monika Olejnik. Od dawna „wyróżnia się” skrajną jadowitą agresywnością wobec wielu polityków z prawicowej orientacji patriotycznej. Tym chętniej za to promowała w swych programach ludzi z tendencji lewicowych i antypatriotycznych (od tak ulubionego przez nią Adama Michnika po zajadłego anty-Polaka Jana Tomasza Grossa). W swych pytaniach i komentarzach w czasie audycji dawno zatraciła poczucie niezbędnego obiektywnego dziennikarskiego dystansu ze strony redaktora prowadzącego audycję. Dość przypomnieć, że oberwało się od niej nawet Życie Gilowskiej, którą „poczęstowała” niedopuszczalnym z punktu widzenia etyki dziennikarskiej pytaniem: Czy żałuje Pani swego żałosnego (podkr. – J.R.N.) wystąpienia.
Zaślepiona dążeniem do wymuszenia oczekiwanej przez nią „należytej” wypowiedzi uparcie prze jak czołg, powtarzając te same pytania. Pamiętam, jak z 5 lat temu w czasie audycji o UE, w której uczestniczyłem razem z J. Łopuszańskim, A. Potockim i T. Iwińskim, zadała nam wszystkim pytanie: Za czy przeciw Unii? Trzykrotnie odpowiadałem na nie zgodnie z moim przekonaniem: -Bilans zysków i strat! – nie chcąc zaakceptować automatyzmu tak lub nie, który próbowała wymusić Olejnik.
Poglądy Olejnik dobrze ilustruje jej rola w nagłośnieniu czołowego polakożercy – hochsztaplera Jana Tomasza Grossa. Popularyzując go w swojej „Kropce nad i” Olejnik starannie „zadbała”, aby nie miał w jej programie żadnego twardego przeciwnika, znającego prawdę o wojennej historii Polaków i Żydów. Świadomie wybrała dla Grossa możliwie najbardziej ignoranckiego i…. potulnego uczestnika dyskusji – biblistę (!) księdza Michała Czajkowskiego!
Ten dość dziwny duchowny znany jest ze skrajnej prożydowskiej stronniczości kosztem Kościoła katolickiego (krytykował go za to sam Prymas Polski Józef Glemp). I oto właśnie jego wybrała Olejnik do reprezentowania strony polskiej i katolickiej w rozmowie z antypolskim oszczercą J.T. Grossem. Ks. Czajkowski od razu na wstępie pokazał, jak gruntownie nie jest przygotowany do takiej dyskusji. Powiedział: Nie jestem historykiem, nie znam dokumentów, ale znam Pana książkę. Biblista ks. Czajkowski uznał więc, że nie musi być historykiem, znać się na historii, a wystarczy mu przeczytanie jednej książki – Grossa, aby zabierać publicznie głos przy milionach telewidzów na temat jakże trudnych spraw najnowszej historii. Ale o to właśnie chodziło Olejnik w jej doborze rozmówcy dla Grossa – znaleźć odpowiedniego „potakiewicza” ze strony polskiej, który uwiarygodni antypolskiego fałszerza.
Przypuszczalnie prawdziwym kluczem do zrozumienia przyczyn tak wielkiej lewicowej tendencyjności i agresywności M. Olejnik jest jej „odpowiedni” rodowód. Pisano już, że ten rodowód wyraźnie ułatwił jej, zootechniczce z wykształcenia, zrobienie przyspieszonej kariery w mediach wkrótce po rozpoczęciu przez gen. W. Jaruzelskiego „wojny z Narodem”. Kamil Śmia-łowski we „Wprost” z 8 lutego 2004 r. cytował dość szczególne zwierzenia na ten temat pióra byłego gwiazdora telewizji doby Jaruzelskiego – Tadeusza Zakrzewskiego: Monikę Olejnik wciśnięto do radia w pierwszym okresie stanu wojennego na polecenie komisarza wojennego. Za tą decyzją stal jej ojciec, pułkownik, szef ważnej jednostki MSW. Czyżby więc jednym z głównych źródeł agresywnej lewicowości publicystycznych wypadów M. Olejnik były poglądy odziedziczone od ojca – pułkownika MSW?!
Jaskrawym przykładem dziedziczenia fobii antykościelnych po komunistycznych antenatach wydają się niektóre wystąpienia telewizyjne Piotra Kraski, wnuka sławetnego PZPR-owskiego prominenta (przez lata kierownika wydziału kultury w KC PZPR) – Wincentego Kraski. To właśnie Piotr Krasko prowadził niezwykle ostro atakujący Radio Maryja, a w istocie rzeczy godzący i w Kościół program „Oblicza mediów”, nadany w telewizji publicznej 18 września 2002 roku (w programie I). W czasie programu Krasko starał się odpowiednio „podgrzewać atmosferę” przeciwko Radiu Maryja, wprowadzając kolejne nowe punkty ataku na to Radio.
ZAŁGANY RODOWÓD ADAMA MICHNIKA
Jarosław Kaczyński, opisując kiedyś zachowanie Michnika, podkreślał jego niebywałą skłonność do kłamstwa, to, że potrafi łżeć w żywe oczy, dosłownie iść w zaparte. Trzeba przyznać, że szczyt łgarstwa osiąga Michnik już przy najnowszych opisach rodowodu swojej rodziny. Kiedy na przykład stara się maksymalnie wybielić postać swego ojca Ozjasza Szechtera, członka Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. I pisze o nim, że czuł się on jak absolutnie polski Polak („Między Panem a Plebanem”, Kraków 1995, s. 50). Nie wyjaśnia tylko nigdzie, co ten absolutnie polski Polak szukał w Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy i jak zawędrował na sam jej wierzchołek z tą swą rzekomą dumą z polskiej tożsamości (tamże, s. 50).
Przypomnijmy, że Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy konsekwentnie dążyła do rozbicia Polski, oderwania wielkiej części jej ziem i przyłączenia do już rusyfikowanej skrajnym sowieckim terrorem wschodniej Ukrainy. Dodajmy, że według książki H. Piecucha „Akcje specjalne” (Warszawa 1996, s. 76) ten absolutnie polski Polak Ozjasz Szechter był starym, wypróbowanym agentem Moskwy w Polsce. I wchodził wraz z Brystygierową, Bermanem, Chajnem, Groszem, Kasmanem i innymi w skład wydzielonej komórki, bezpośrednio podporządkowanej Moskwie.
Według najlepszego jak dotąd opracowania dziejów przedwojennych komunistów pióra Jana Alfreda Reguły (Mitzenmachera), Szechter, bardzo znany działacz KPZU, został aresztowany wraz z grupą innych działaczy KPZU jesienią 1930 r. Jak pisze Reguła: Oskarżeni sypali innych towarzyszy partyjnych (…) przodowali w tym komuniści, zajmujący stanowiska kierownicze (…) okazało się, że ci bohaterowie byli skończonymi tchórzami (J.A. Reguła „Historia Komunistycznej Partii Polski”, Warszawa 1934, s. 243). Michnik w wywiadzie z Danielem Cohn-Benditem stwierdził: Mój ojciec był bardzo znanym działaczem komunistycznej partii przed wojną, siedział osiem łat w więzieniu. Po wojnie nie odgrywał żadnej roli. Nie odgrywał, bo nie chciał jej odgrywać (cyt. za: L. Żebrowski Paszkwil „Wyborczej”, Warszawa 1995, s. 35). Zdaniem Żebrowskiego (op.cit., s. 35): Bardziej prawdopodobne jest jednak to, iż z powodu zaszłości nie powierzono mu wysokich funkcji partyjnych. Ze zwierzeń …
cd czerwone dynastie w MSZ (1) J. R. Nowaka
.... kasjer w spółdzielni kosmetycznej "Izis". Później dostał etat w filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku, gdzie wykładał historię narodów radzieckich. Następnie zatrudniono go w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej, gdzie w końcu nawet został prorektorem. Jak widać, pomimo usunięcia z partii wyraźnie pomagały mu przeróżne koligacje. Ciekawe, że nawet związki z KOR nie przeszkadzały mu w wyjazdach na Zachód. Według K. Góreckiego: "Począwszy od 1970 r. rokrocznie przebywa na stypendiach we Francji" (por. K. Górecki, MSZ odzyskane, czyli zwrot o 360 stopni, "Nasza Polska", 14 listopada 2006 r.). Jeśli ta informacja jest całkowicie ścisła, to prawdziwie ułatwia zrozumienie rozmiarów "układów", z jakich korzystali wówczas rzekomo prześladowani ludzie z żydowskich kręgów Warszawki. Zaczyna wówczas pisać o XVIII-wiecznej rewolucji francuskiej. Jedną z książek wydaje wspólnie z osławionym zwolennikiem stanu wojennego prof. Janem Baszkiewiczem.
Na początku lat 90. Meller redaguje miesięcznik "Mówią wieki" i robi to wyraźnie w duchu uprawiania "poprawnej politycznie" wersji historii, z wyraźnymi uprzedzeniami do tradycyjnego polskiego patriotyzmu.
Zawalił wszystko
Od grudnia 1992 r. rozpoczyna się przyspieszona, błyskawiczna kariera S. Mellera w MSZ. Zostaje wicedyrektorem departamentu, a za rządów SLD (premierostwo J. Oleksego) - po raz pierwszy wiceministrem spraw zagranicznych. Potem zostaje nominowany na ambasadora we Francji (do 2001 r.). W czasie gdy dyskutowano o jego kandydaturze na stanowisko ambasadora w Paryżu, na posiedzeniu sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych jeden z jej członków, przypominając dawną pracę S. Mellera jako kasjera w spółdzielni kosmetycznej "Izis", powiedział: "Dobrze się składa, że w kraju słynnym z produkcji kosmetyków będzie nas reprezentował człowiek o takim doświadczeniu" (S. Meller miał kiedyś legitymację starszej kosmetyczki!). Według K. Góreckiego: "Działalność Mellera na stanowisku ambasadora RP w Paryżu była różnie oceniana. Nikt nie był pod wrażeniem jego fachowości i profesjonalizmu (...). Jeden z jego współpracowników mówi: jego dobry francuski pokrywał arogancję, chęć podporządkowania sobie wszystkich, włącznie z organizacjami emigracyjnymi. W końcówce pobytu prowadził się z partnerką, która jest bliską przyjaciółką Kwaśniewskiej. Mówiono wtedy, że przez nią załatwił sobie awans na wiceministra, mimo że oceny jego ambasadorowania były nie najlepsze" (K. Górecki, op.cit.). W 2003 r. został skierowany na ambasadora do Moskwy. Ocena jego pracy na tym stanowisku była jeszcze gorsza, tym bardziej że nie znał języka rosyjskiego! I takiego człowieka wydelegowano na placówkę do Moskwy z kraju, gdzie jest tak wielu dyplomatów z doskonałą znajomością języka Puszkina! Według tekstu Grzegorza Rzeczkowskiego "Mellera dziwna kariera" ("Przekrój" z 26 stycznia 2006 r.): "Trudniejsze zadanie czeka Mellera w Moskwie, gdzie jako ambasador pojawia się w kwietniu 2006 r. Rosyjskiego nie zna, ale szybko się go uczy, oglądając telewizję. I choć do dziś mówi z błędami, to język opanował na tyle, że spokojnie udzielał wywiadów (...). Osiągnięcia Mellera są kontrowersyjne, zwłaszcza że nie należy do wybitnych znawców Rosji". Jeszcze ostrzej ocenił ambasadorowanie Mellera w Rosji Krzysztof Górecki, pisząc: "Jeszcze gorsza był praca w Moskwie.
Bardziej kiepskiego ambasadora trudno sobie wyobrazić. Zawalił wszystko, co było można, otaczał się służbami, promował posłuszne miernoty, jego raporty polityczne były, krótko mówiąc, 'gonitwą myśli'. W Moskwie nigdy nie tupnął nogą, nie przeciwstawił się Rosjanom. (...) Mottem jego działania, jak wszystkich jego poprzedników było: 'Rosji nie należy drażnić'" (K. Górecki, op.cit.).
Jesienią 2005 r. S. Meller zostaje ministrem spraw zagranicznych w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza. Było to najfatalniejsze chyba posunięcie ze strony premiera i władz PiS. Krzysztof Górecki tak oceniał późniejszy bilans "rządów" Stefana Mellera w MSZ: "Meller nie zrobił nic, aby w MSZ cokolwiek zmienić. Przeciwnie, dał wyraźnie do zrozumienia: żadnych zmian, zapomnijcie o lustracji i dekomunizacji. Nienaruszony pozostawił ten jeden z najbardziej pokracznych murów okrągłostołowych. Stał jak mur na straży poprzedniego układu. Sprzeciwił się usuwaniu ludzi związanych z bezpieką, ludzi sowieckiego chowu, absolwentów sowieckich szkół partyjnych (...). Poświęcił jedynie, i to wbrew swojej woli, dla uwiarygodnienia się w oczach nowej władzy kilku towarzyszy. Ambasadorów miano odwołać sześćdziesięciu, odwołano sześciu. Reszta śmieje się w kułak, czekając na upadek rządów PiS" (K. Górecki, Kontynuatorzy kontynuacji, "Nasza Polska" z 5 grudnia 2006 r.).
Rolę hamulcowego zmian, obrońcy "sierot po komunie i B. Geremku" połączył S. Meller z licznymi mało przyjemnymi cechami osobistymi, ogromnym zarozumialstwem, arogancją i tupetem. Wojciech Duda-Dudkiewicz pisał w "Ozonie" z 11 stycznia 2006 r., iż Meller: "Dał się poznać jako ostry szef, nieco impulsywny i apodyktyczny. Z poczuciem misji i wysoką samooceną". Jeszcze bardziej otwarcie pisał o niektórych cechach S. Mellera Grzegorz Rzeczkowski w "Przekroju" z 26 stycznia 2006 r., stwierdzając: "Potrafi być wybuchowy, z dala od publicznych wystąpień używa siarczystych słów (...). Jako szef nie do zniesienia. To tak zwana piła - mówi Paweł Dobrowolski, rzecznik MSZ i przyjaciel ministra od 20 lat. Postrzegany bywa jako człowiek, który raczej woli mówić, niż słuchać, a w jego wypowiedziach roi się od słów 'ja', 'mój', 'mi'. Przyzwyczaił się, że inni mu przytakują (...). Jego największą wadą jest jednak pamiętliwość. To człowiek, któremu lepiej nie zachodzić za skórę".
Dość szczególne było jego zachowanie już na początku urzędowania jako ministra spraw zagranicznych. W pierwszej podróży zagranicznej, która jest zawsze traktowana jako wyraźny symbol ważności kierunku nadawanego polityce, Meller pojechał do Moskwy! Tłumaczono to w resorcie pilną potrzebą rozładowania polskich produktów zbożowych i mięsa. Wyjazd Mellera do Moskwy okazał się całkowitym fiaskiem. Tylko "naraził się na docinki" - komentował publicysta "Ozonu" w numerze z 11 stycznia 2006 roku. Dość szczególne były dywagacje Mellera po odejściu ze stanowiska szefa MSZ. "Europejczyk" Meller wyraźnie opowiedział się za ograniczeniem obrony polskich interesów narodowych. Jak stwierdził na łamach "Faktu" z 18 lipca 2006 r.: "Pamiętajmy także, że interes narodowy ma swoje granice. Jest nią europejska solidarność, która realnie istnieje. By to zrozumieć, potrzebne jest przemeblowanie mózgu". Jak wielka jest ta rzekoma europejska "solidarność", rzeczywiście mogliśmy się łatwo przekonać w ciągu ostatnich kilku lat. Choćby z zaleceń prezydenta Francji Chiraca, by Polska "siedziała cicho", ze sprawy osławionego gazociągu rosyjsko-niemieckiego na dnie Bałtyku, z traktowania polskich robotników w różnych krajach Europy Zachodniej, choćby ostatnio w Niemczech. I kto tu powinien "przemeblować mózg"? Warto jeszcze przypomnieć pogróżki Mellera z cytowanego już wywiadu w "Dużym Formacie" z 8 maja 2006 r.: "Ja też jestem optymistą (...) dlatego, że jesteśmy w Unii Europejskiej, i dlatego, że osoby, które warcholą politycznie w Polsce, długo warcholić nie będą. Nie uda im się to (...). A wyrosnąć im nie powinniśmy pozwolić. Bo jesteśmy w Unii Europejskiej".
Kilka lat temu przyspieszoną karierę rozpoczął syn Stefana Mellera - Marcin Meller. Nie przeszkodziło mu w awansach nawet to, że redaktor Baczyński wywalił go z "Polityki", bo "zabalował" i nie oddał na czas tekstu. Jak wyznawał w wywiadzie dla "Dużego Formatu", wiedział, że ojciec "pod mostem go nie zostawi". Najpierw chyba głównie dzięki koneksjom ojca został prezenterem telewizyjnym. Parę lat temu zaś został naczelnym redaktorem "Playboya". Poglądy ma oczywiście odpowiednie, "poprawne politycznie". W postkomunistycznej "Trybunie" z 26 marca 2007 r. informowano o wiecu proaborcyjnym pt. "Stop fanatykom: Romanom i Rydzykom". Wśród sygnatariuszy listu poparcia dla feministycznej manifestacji znalazło się m.in. nazwisko Marcina Mellera obok Wojciecha Olejniczka, Kazimiery Szczuki, Krystyny Kofty, Magdaleny Środy i Izabeli Cywińskiej.
Schnepf przeciw interesom Polski
Zdumiewające wprost, do jakiego stopnia rząd Marcinkiewicza, mający w zamierzeniu budowę podstaw IV Rzeczypospolitej, oparł się w swych działaniach w sferze polityki zagranicznej na ludziach, którzy mogli tylko zaszkodzić radykalnej przebudowie Polski. Obok głównego sternika polityki zagranicznej - ministra S. Mellera - przy premierze powołano na głównego doradcę w sprawach zagranicznych Ryszard Schnepfa, geremkowca, wielce z zaprzyjaźnionego z Mellerem. Było to kolejne sięgnięcie po przedstawiciela "czerwonej dynastii" wywodzącej się z rodziny wyraziście związanej przedtem z PRL-owskim systemem władzy. Promowanie Mellera czy Schnepfa wywołało zaskoczenie nawet w kręgach dziennikarzy, dlaczego PiS za darmo oddaje pole innym siłom. Na przykład centrystyczny w poglądach publicysta Piotr Zaremba pisał już 25 listopada 2005 r. w "Rzeczpospolitej" o "kompletnej abdykacji" PiS w MSZ i dyplomacji.
Ryszard Schnepf, zanim został głównym doradcą premiera Marcinkiewicza w polityce zagranicznej, był ambasadorem w Urugwaju (1991-1995) i w Kostaryce (2001-2005). Wsławił się wówczas organizowaniem haniebnej nagonki na przywódcę Polonii w Ameryce Łacińskiej, prezesa USOPAŁ Jana Kobylańskiego. Schnepf jest synem starego KPP-owca Maksymiliana Schnepfa, podobnie jak stary Meller oficera osławionej stalinowskiej Informacji Wojskowej. Publicysta Stefan H. Wilk oskarżał płk. M. Schnepfa na łamach "Głosu" z września 2006 r., że "(...) w 1945 r. wraz z wydzielonym oddziałem specjalnym brał udział w przeprowadzonej przez siły sowieckie 'operacji augustowskiej', w rezultacie której ponad 700 mieszkańców ziemi augustowskiej nie tylko nigdzie nie odnaleziono wśród żywych, ale także nigdy nie odnaleziono ich ciał". Pułkownik M. Schnepf przez wiele lat (do marca 1968 r.) pracował jako szef Studium Wojskowego na UW. Został lektorem KW PZPR. Był bardzo aktywnym działaczem Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce, a na stronie internetowej Światowego Kongresu Żydów określono go nawet jako "przywódcę społeczności żydowskiej w Polsce podczas reżimu komunistycznego". Jego syn - Ryszard Schnepf, historyk, wychowanek Geremka, został ambasadorem w Urugwaju z poręki Krzysztofa Skubiszewskiego, choć nie był do tego w żadnym razie przygotowany merytorycznie. Działał judząco i destrukcyjnie wśród Polonii w Ameryce Łacińskiej. Krzysztof Górecki pisał w tekście "Tradycja obozu zagłady" ("Nasza Polska" z 30 sierpnia 2005 r.) o Schnepfie m.in.: "Od pierwszych chwil skłócony z Polonią. Przez potomków Polaków z Urugwaju i Ameryce Łacińskiej zwany, z uwagi na dwuznaczną, uwłaczającą godności dyplomaty konduitę (zajmował się głównie interesami z miejscowymi Żydami oraz ryzykownym handlem sprowadzanymi bezcłowo luksusowymi samochodami), 'awanturnikiem polskiej dyplomacji'". Ostro potępił sposób zachowania się Schnepfa wspomniany już przywódca Polonii w Ameryce Łacińskiej prezes Jan Kobylański, który wyzwał Schnepfa od "agentów KGB i Castro". Z kolei to właśnie Shnepf szczególnie mocno przyczynił się do odwołania Jana Kobylańskiego z funkcji honorowego konsula RP w Montevideo. Ukarano go tak za jednoznaczne poparcie dla prezesa Edwarda Moskala, protestującego przeciw ciągłym ustępstwom wobec szkalujących Polskę środowisk żydowskich. Niejednokrotnie zwracano uwagę na bardzo szkodliwą rolę odegraną przez R. Schnepfa w Ameryce Łacińskiej. Na przykład polonijna działaczka Elżbieta Sczepańska pisała w tekście "Polonia, czyli ofiary i oprawcy" ("Głos" z 1-8 kwietnia 2006 r.), iż: "Ryszard Schnepf, będąc ambasadorem RP w państwach Ameryki Łacińskiej, działał na szkodę Polaków i Polski".
Jako główny doradca premiera Marcinkiewicza w polityce zagranicznej Schnepf szczególnie gorliwie zajmował się sprawą zapewnienia jak największego zadośćuczynienia Żydom za mienie w Polsce. Stąd jego usunięcie z funkcji zostało przyjęte ze szczególnym żalem przez przedstawicieli Światowego Kongresu Żydów. Znalazło to wyraźne odbicie w tekście zamieszczonym na stronie internetowej tego Kongresu, gdzie wyrażono obawy, że odejście Shnepfa może doprowadzić do spowolnienia procesu negocjacji między rządem Polski a środowiskami żydowskimi w sprawie mienia (por. szerzej T. Sommer, Dla kogo robił Schnepf, "Najwyższy Czas" z 27 maja 2006 r.). Według T. Sommera: "Komunikat WJC (tj. Światowego Kongresu Żydów) wprost sugeruje, że Schnepf był zaangażowany w negocjacje z przyczyn osobistych, a właściwie - po prostu rasowych".
Sommer przypomniał w swym tekście również jakże niegodną nagonkę organizowaną przez Schnepfa na prezesa Kobylańskiego, stwierdzając: "Można wręcz odnieść wrażenie, że niczym innym ambasador Schnepf jako przedstawiciel RP w Ameryce Łacińskiej się nie zajmował. Za sprawę Schnepfa Kobylańskiemu przypięto łatkę 'klinicznego antysemity', a nawet faszysty (...)". Dodajmy, że w tej nagonce po dziś dzień uczestniczy w sposób niezwykle ordynarny i tendencyjny żona Schnepfa - prezenterka telewizyjna Dorota Wysocka-Schnepf (patrz: np. gwałtowny atak tejże na prezesa Kobylańskiego w I programie TVP 15 stycznia 2007 r.). Szokuje fakt dopuszczenia do takiego nadużywania ekranu telewizji publicznej do niegodnych i oszczerczych aktów nienawiści wobec najsłynniejszego dziś przedstawiciela Polonii świata.
Warto tu przypomnieć jednak, co zdecydowało o usunięciu Schnepfa, długo traktowanego jako głównego doradcę premiera Marcinkiewicza w sferze polityki zagranicznej. Otóż Schnepf w sposób wręcz kretyński ujawnił swą postawę godzącą w podstawowe interesy Polski, publicznie udzielając poparcia tak antypolskiej inicjatywie jak projekt budowy gazociągu Niemcy - Rosja na dnie Bałtyku. Jak pisał Piotr Gursztyn w tekście "Dymisja Schnepfa za międzynarodową gafę" ("Dziennik" z 12 maja 2006 r.) Schnepf powiedział, że "rząd chce zaproponować polski udział w budowie gazociągu Rosja - Niemcy. Informacja ta została od razu zdementowana przez premiera (...). Marcinkiewicz był kompletnie zaskoczony wypowiedzią swojego doradcy. Podobnie prezydent Lech Kaczyński, który - według naszego informatora - zdenerwował się, gdy przeczytał wypowiedź Schnepfa". Decyzję o błyskawicznym zdymisjonowaniu Schnepfa za jego jakże nielojalne wobec premiera i ogólnie wobec polskich interesów narodowych wystąpienie skomentował wpływowy europoseł PiS Adam Bielan - mówiąc w rozmowie z dziennikarzem "Rzeczpospolitej": "Ryszard Schnepf został zdymisjonowany wyłącznie z powodu złożenia niezgodnej z polityką rządu i interesem państwa propozycji dotyczącej możliwości przyłączenia się Polski do projektu rurociągu rosyjsko-niemieckiego". Kompromitujące wystąpienie Schnepfa w sprawie gazociągu przekreśliło jego szanse na objęcie stanowiska ambasadora RP w Madrycie. Pomimo to i tak Schnepfa potraktowano zaskakująco łagodnie. Usunięty z otoczenia premiera przeszedł do MSZ, gdzie pełni funkcję pełnomocnika ministra spraw zagranicznych do spraw "zagrożeń". Rzecz przedziwna w sytuacji, gdy to właśnie on jest szczególnie wielkim zagrożeniem dla polskich interesów i symbolem wyjątkowej nielojalności osoby pełniącej wysokie publiczne stanowisko. Nie rozumiem, dlaczego nie usunie się takiej zawalidrogi z MSZ. Wystarczy mu sprawowane przezeń równocześnie stanowisko dyrektora fundacji "Szalom" prowadzonej przez rodzinę Szurmiejów.
Prof. Jerzy Robert Nowak
03.06.2007r.
“Czerwone dynastie” III RP
Wielkie wzburzenie liberalno-lewicowego “salonu” i związanych z nim mediów wywołało ujawnienie informacji o rodzicach sędziego Igora Tulei, którego od kilku tygodni kreuje się na bohatera walki o praworządność. Kiedy wyszło na jaw, że matka sędziego, Lucyna Tuleya, przez wiele lat pracowała w MO i SB, a później była tajną współpracowniczką bezpieki, zaś ojciec, Witold Tuleya, również był funkcjonariuszem MSW, “salon” uznał podawanie takich informacji za niedopuszczalną “lustrację rodzinną”.
Nie pierwszy to przypadek, gdy te same środowiska reagują histerią na ujawnianie rodzinnych korzeni osób publicznych. Z podobną reakcją mieliśmy do czynienia w 2006 r., gdy prezydent Lech Kaczyński przypomniał, iż sędzia Małgorzata Mojkowska (która wydała bardzo dwuznaczny wyrok w sprawie lustracyjnej Zyty Gilowskiej) “nie jest osobą, której nazwiska nie znam. Wiem, z jakich środowisk się wywodzi. To nie powinno mieć żadnego znaczenia, ale wczoraj straciłem tę pewność, że to takiego znaczenia nie ma”. Ojcem sędzi Mojkowskiej był bowiem Stanisław Mojkowski, redaktor naczelny “Trybuny Ludu” w latach 1967-1972.
Ta histeria “salonu” nie powinna dziwić, gdyż ujawnianie takich powiązań rodzinnych odsłania prawdę o elitach dzisiejszej Polski, które w dużej mierze wywodzą się z kasty rządzącej Polakami w czasach PRL. Warto więc – na przekór “salonowi” – przypominać ową genealogię elit III RP, stawiając przy tym pytanie o ich moralne prawo do zajmowania takiej pozycji. Mamy bowiem do czynienia z rażącą niesprawiedliwością: rodziny ofiar komunizmu, które w okresie PRL najczęściej również były prześladowane, po 1989 r. nie otrzymały należnego zadośćuczynienia, natomiast ich prześladowcy nie tylko nie zostali ukarani, ale wręcz utrzymali swoje przywileje, a ich dzieci i wnuki stanowią „arystokrację” nowego ustroju.
Poniżej przedstawiamy listę (w kolejności alfabetycznej) osób wywodzących się z komunistycznych rodzin, które odgrywają istotną rolę w życiu publicznym dzisiejszej Polski.
Anatol Arciuch (ur. 1938), dziennikarz, były redaktor naczelny tygodnika “Spotkania” i miesięcznika “Nowe Państwo”. Jego matka, Krystyna Arciuch, przedwojenna komunistka, działaczka PPR i GL, po wojnie pracowała w Komendzie Głównej MO, a w latach 1948-1956 była sekretarką Romana Zambrowskiego, członka Biura Politycznego KC PZPR.
Andrzej Barcikowski (ur. 1955), polityk SLD, szef ABW w latach 2002-2005, obecnie dyrektor Departamentu Ochrony NBP. Jest wnukiem Wacława Barcikowskiego, przedwojennego adwokata broniącego komunistów, który w latach 1945-1956 był I prezesem Sądu Najwyższego i równocześnie kierował satelickim Stronnictwem Demokratycznym.
Czesław Bielecki (ur. 1948), architekt, publicysta, były lider Ruchu Stu, poseł AWS i kandydat na prezydenta Warszawy. Pochodzi z rodziny przedwojennych komunistów, którzy po 1968 r. wyjechali do Izraela. Jego ojciec, Franciszek Bielecki, od zakończenia wojny do końca lat 50. był dyrektorem generalnym w Ministerstwie Oświaty, następnie dyrektorem departamentu w Ministerstwie Szkolnictwa Wyższego, zaś matka pracowała w Głównym Urzędzie Statystycznym.
Anna Bikont (ur. 1954) i jej siostra Maria Kruczkowska, dziennikarki “Gazety Wyborczej”. Ich matka, Wilhelmina Skulska (pierwotnie Lea Horowitz), przedwojenna komunistka, w latach 1948-1956 należała do głównych piór “Trybuny Ludu”, zaś ojciec, Andrzej Kruczkowski, w latach 30. redagował komunizujące pismo literackie “Sygnały”, a w PRL pracował w dyplomacji.
Anita Błochowiak (ur. 1973), posłanka SLD w latach 2001-2011. Jest córką Jerzego Błochowiaka, który zasiadał w Komitecie Wojewódzkim PZPR w Sieradzu, a w III RP został prezesem banku Pa-Co-Bank w Pabianicach i członkiem władz Związku Banków Polskich.
Jerzy Wojciech Borejsza (ur. 1935), historyk, profesor Instytutu Historii PAN i uniwersytetu w Toruniu, publikuje w “Gazecie Wyborczej”. Jego ojcem był Jerzy Borejsza (pierwotnie Beniamin Goldberg), działacz komunistyczny, główny organizator PPR-owskiej prasy i propagandy w latach 1944-1948, a stryjem – płk Józef Różański, dyrektor Departamentu Śledczego w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego.
Włodzimierz Borodziej (ur. 1956), historyk, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, znawca problematyki niemieckiej. Jest synem płk. Wiktora Borodzieja, w latach 1954-1990 funkcjonariusza I Departamentu MSW (wywiadu), gdzie m.in. kierował odcinkiem niemieckim.
Marek Borowski (ur. 1946), były minister finansów, szef URM i marszałek Sejmu z ramienia SLD, lider SdPl, obecnie senator z rekomendacji PO. Jego ojcem był Wiktor Borowski (pierwotnie Aron Berman), przedwojenny komunista, od 1944 r. redaktor naczelny “Życia Warszawy”, a w latach 1951-1967 zastępca redaktora naczelnego “Trybuny Ludu”, zaś stryjem – Bronisław Berman, członek władz KPP, zamordowany w ZSRR w czasie “wielkiej czystki”.
Michał Broniatowski (ur. 1954), dziennikarz, wieloletni członek władz koncernu ITI oraz telewizji TVN. Pochodzi z rodziny przedwojennych komunistów. Jego ojciec, płk Mieczysław Broniatowski, walczył w wojnie domowej w Hiszpanii, a później kierował szkołami resorowymi bezpieki i Departamentem Społeczno-Administracyjnym MSW, zaś matka, Henryka Broniatowska, po wojnie pracowała w aparacie propagandy PPR, była wiceszefową Instytutu Wydawniczego “Nasza Księgarnia” oraz Wydawnictwa “Iskry”.
Tadeusz Cegielski (ur. 1948), historyk, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, czołowy mason III RP. Jest synem Longina Cegielskiego, działacza ZSL, w latach 1976-1980 wicepremiera w rządzie Piotra Jaroszewicza.
Włodzimierz Cimoszewicz (ur. 1950), były premier, minister spraw zagranicznych i marszałek Sejmu z ramienia SLD, obecnie senator z rekomendacji PO. Jest synem płk. Mariana Cimoszewicza, który w latach 50. był szefem Informacji Wojskowej w Wojskowej Akademii Technicznej i doprowadził tam do aresztowania kilkunastu byłych AK-owców.
Lech Czapla (ur. 1953), obecny szef Kancelarii Sejmu z nominacji marszałka Bronisława Komorowskiego. Jest synem gen. Jana Czapli, partyzanta GL i AL, bliskiego współpracownika gen. Moczara, szefa Głównego Zarządu Politycznego LWP, który w latach 70. był wiceministrem spraw zagranicznych, a w stanie wojennym wiceministrem oświaty.
Jerzy Diatłowicki, socjolog, dziennikarz telewizyjny. Jego ojciec, ppłk Tadeusz Diatłowicki, komunista pochodzenia żydowskiego, był naczelnikiem wydziału w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, zaś matka naczelnikiem wydziału w Ministerstwie Komunikacji.
Ludwik Dorn (ur. 1954), były wicepremier i marszałek Sejmu z ramienia PiS, obecnie poseł Solidarnej Polski. Jego ojciec, Henryk Dornbaum, działał w Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, a po wojnie był wykładowcą marksizmu-leninizmu na Politechnice Warszawskiej.
Michał Figurski (ur. 1973), prezenter i dziennikarz, radiowy partner Kuby Wojewódzkiego. Urodził się w Moskwie jako syn PRL-owskiego dyplomaty, który w latach 80. przebywał w Libanie, a potem był zastępcą dyrektora FOZZ Grzegorza Żemka.
Maciej Gdula (ur. 1977), socjolog, publicysta, członek zespołu “Krytyki Politycznej”. Jest synem Andrzeja Gduli, który od 1981 r. był I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Bielsku-Białej, w latach 1984-1986 wiceministrem spraw wewnętrznych, później kierował Wydziałem Społeczno-Prawnym KC PZPR, a w latach 1996-2005 był dyrektorem zespołu doradców prezydenta Kwaśniewskiego.
Konstanty Gebert (ur. 1953), dziennikarz “Gazety Wyborczej” (pseudonim “Dawid Warszawski”), działacz organizacji żydowskich. Jego ojciec, Bolesław Gebert, był współzałożycielem Komunistycznej Partii USA, agentem wywiadu sowieckiego, po wojnie sekretarzem Centralnej Rady Związków Zawodowych i ambasadorem PRL w Turcji, zaś matka, Krystyna Poznańska-Gebert, była funkcjonariuszką Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Rzeszowie.
Magdalena Gessler (ur. 1953), właścicielka restauracji i gwiazda mediów, oraz jej brat Piotr Ikonowicz (ur. 1956), były poseł PPS, obecnie doradca Ruchu Palikota. Są dziećmi Mirosława Ikonowicza, wieloletniego korespondenta zagranicznego PAP i współpracownika PRL-owskiego wywiadu o pseudonimie “Metrampaż”.
Krzysztof Gottesman, dziennikarz, przez wiele lat szef działu politycznego “Rzeczpospolitej”, w latach 2007-2008 zastępca dyrektora Programu I Polskiego Radia. Jest synem Gustawa Gottesmana, wieloletniego członka PZPR, który w latach 1955-1963 kierował redakcją “Przeglądu Kulturalnego”, a w latach 70. miesięcznikiem “Literatura”.
Jan Granat (ur. 1947), dyplomata, w latach 90. dyrektor generalny MSZ, następnie konsul generalny RP w Lipsku, Hamburgu, a od 2010 r. w Charkowie. Jest synem płk. Edwarda Granata, wieloletniego oficera Wojsk Ochrony Pogranicza, który karierę rozpoczynał zaraz po wojnie od walk z “bandami zbrojnego podziemia”.
Jan Grosfeld (ur. 1946), ekonomista, politolog, profesor Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, publicysta prasy katolickiej. Jest synem płk. Leona Grosfelda, przedwojennego komunisty, w latach 50. wicedyrektora Instytutu Historii PAN, czołowego stalinizatora polskiej nauki, oraz wnukiem Ludwika Grosfelda, działacza PPS, który zaraz po wojnie był wiceministrem żeglugi i handlu zagranicznego.
Irena Grudzińska-Gross (ur. 1947), historyk literatury mieszkająca w USA, żona Jana Tomasza Grossa i współautorka jego książek. Jest córką Jana Grudzińskiego, w latach 1951-1954 kierownika Wydziału Przemysłu Lekkiego KC PZPR, później wieloletniego wiceministra leśnictwa.
Adam Halber (ur. 1948), dziennikarz muzyczny, były poseł SLD i członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Jest synem mjr. Zygmunta Halbera, oficera lotnictwa, członka PZPR, wyrzuconego z wojska na fali antyżydowskiej czystki w 1967 r.
Jerzy Halbersztadt (ur. 1951), historyk, w latach 1996-2011 dyrektor budowanego Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie. Jego ojciec, płk Władysław Halbersztadt, był wysokim funkcjonariuszem Informacji Wojskowej: szefem Biura Studiów, Oddziału Ewidencji Operacyjnej, komendantem Wyższej Szkoły Informacji.
Agnieszka Holland (ur. 1948) i Magdalena Łazarkiewicz (ur. 1954), reżyserki filmowe. Ich ojciec, Henryk Holland, dziennikarz, socjolog, był przedwojennym komunistą, członkiem władz Związku Walki Młodych i Związku Młodzieży Polskiej, który popełnił samobójstwo podczas aresztowania przez SB w 1961 r., zaś matka, Irena Rybczyńska, również była komunistyczną dziennikarką, redaktorem “Nowej Wsi”. Jej drugim mężem – po rozwodzie z Hollandem – był Stanisław Brodzki, wieloletni redaktor “Trybuny Ludu” i tygodnika “Świat”, w latach 1956-1958 prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Danuta Hübner (ur. 1948), pierwsza polska komisarz w Brukseli, obecnie eurodeputowana PO. Jej ojciec, Ryszard Młynarski, w latach 1945-1948 był oficerem śledczym i szefem Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Nisku, a także kierował PUBP w Jarosławiu. Również jej dziadek, Józef Młynarski, był oficerem śledczym UB w Nisku.
Karol Jakubowicz (ur. 1941), medioznawca, w latach 90. szef rady nadzorczej TVP, obecnie doradca przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Jest synem znanego w PRL ekonomisty Szymona Jakubowicza, przedwojennego komunisty, pracownika Wydziału Ekonomicznego KC PPR, w latach 50. szefa działu ekonomicznego “Trybuny Ludu”, potem zastępcy redaktora naczelnego “Życia Warszawy”.
Aleksandra Jasińska-Kania (ur. 1932), socjolog, profesor na Uniwersytecie Warszawskim. Jest córką Bolesława Bieruta i Małgorzaty Fornalskiej, znanej działaczki KPP i PPR, zamordowanej w 1944 r. przez Niemców.
Tomasz Jastrun (ur. 1950), poeta, pisarz, obecnie felietonista tygodnika “Wprost”. Jest synem Mieczysława Jastruna (pierwotnie Mojsze Agatsztajn), poety, członka PPR i PZPR, zastępcy redaktora naczelnego komunistycznego tygodnika “Kuźnica”.
Tomasz Knothe (ur. 1943), dyplomata, wysoki urzędnik MSZ, w latach 2004-2009 ambasador w Armenii. Jego ojciec, Jerzy Knothe, w latach 50. był PZPR-owskim wiceministrem leśnictwa, a w latach 60. ambasadorem PRL w Pekinie. Ojczymem Jerzego Knothe był Józef Winiewicz, wiceminister spraw zagranicznych w latach 1956-1972.
Jan Kofman (ur. 1941), historyk, politolog, profesor na Uniwersytecie w Białymstoku i w Instytucie Studiów Politycznych PAN, w latach 90. redaktor naczelny Wydawnictwa Naukowego PWN. Urodził się w Pińsku, gdzie pod władzą sowiecką znaleźli się jego rodzice, przedwojenni komuniści. Jego ojciec, Józef Kofman, w latach 50. był sekretarzem Centralnej Rady Związków Zawodowych, a w latach 60. wiceprzewodniczącym Komitetu Pracy i Płac.
Lena Kolarska-Bobińska (ur. 1947), profesor socjologii, w latach 90. dyrektor CBOS, później szefowa Instytutu Spraw Publicznych, obecnie eurodeputowana PO. Jej ojciec, Leon Kolarski, był przedwojennym komunistą, uczestnikiem wojny domowej w Hiszpanii.
Michał Komar (ur. 1946), pisarz, publicysta, wydawca, wiceprzewodniczący Stowarzyszenia Autorów ZAiKS. Jego ojciec, gen. Wacław Komar (pierwotnie Mendel Kossoj), przedwojenny komunista, w latach 1945-1950 kierował wywiadem wojskowym, od 1956 r. dowodził Wojskami Wewnętrznymi i Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a w latach 60. był dyrektorem generalnym w MSW.
Anna Komorowska (ur. 1953), żona prezydenta Bronisława Komorowskiego. Jest córką Jana Dziadzi i Józefy z domu Deptuła (pierwotnie Hana Rojer), którzy w 1954 r. zmienili nazwisko na Dembowscy. Oboje byli pracownikami Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, a potem MSW, skąd zostali zwolnieni w 1968 r.
Piotr Kownacki (ur. 1954), wieloletni wiceprezes NIK, następnie prezes PKN Orlen i szef Kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jest synem PRL-owskiego dyplomaty, dzięki czemu dużą część dzieciństwa spędził za granicą – najpierw na placówce w ZSRR, potem w Brazylii.
Stanisław Krajewski (ur. 1950), filozof, matematyk, publicysta, działacz organizacji żydowskich. Jego pradziadkiem był przywódca KPP Adolf Warski, dziadkiem – inny czołowy działacz tej partii Władysław Stein-Krajewski, a ojcem – znany w PRL marksistowski filozof Władysław Krajewski.
Piotr Kraśko (ur. 1971), dziennikarz i prezenter telewizyjny, obecnie szef “Wiadomości” TVP. Jest wnukiem Wincentego Kraśki, w latach 60. kierownika Wydziału Kultury KC PZPR, później sekretarza KC, wicepremiera i członka Rady Państwa PRL, oraz synem Tadeusza Kraśki, dziennikarza, jednego z szefów PRL-owskiej telewizji w latach 70.
Andrzej Kryże (ur. 1948), wieloletni sędzia, wiceminister sprawiedliwości w latach 2005-2007, później prokurator Prokuratury Krajowej. Jego ojciec, Roman Kryże, był stalinowskim sędzią wojskowym, w latach 50. pracował w Najwyższym Sądzie Wojskowym, gdzie brał udział w orzekaniu wyroków przeciwko działaczom podziemia niepodległościowego, później przez wiele lat zasiadał w Sądzie Najwyższym.
Edward Krzemień (ur. 1946), dziennikarz “Gazety Wyborczej”, od 2009 r. redaktor naczelny serwisu internetowego Wyborcza.pl. Jest synem płk. Ignacego Krzemienia (pierwotnie Feuerberg), przedwojennego komunisty, uczestnika wojny domowej w Hiszpanii, wysokiego funkcjonariusza Informacji Wojskowej, potem pracownika MSZ.
Robert Kwiatkowski (ur. 1961), były prezes TVP z nadania SLD, członek władz Stowarzyszenia “Ordynacka”, obecnie doradca Ruchu Palikota. Jest synem płk. Stanisława Kwiatkowskiego, PZPR-owskiego socjologa, doradcy gen. Jaruzelskiego, twórcy i pierwszego dyrektora CBOS.
Małgorzata Lavergne, w latach 90. szefowa Departamentu Polityki Kulturalnej, a później Departamentu Promocji i Informacji w MSZ, obecnie tłumaczka. Pochodzi z rodziny przedwojennych komunistów. Jej ojcem był gen. Wiktor Grosz (pierwotnie Izaak Medres), pod koniec wojny szef Głównego Zarządu Polityczno-Wychowawczego Wojska Polskiego, w latach 50. ambasador PRL w Czechosłowacji, zaś matką – Irena Grosz (z domu Sznajberg), w latach 1949-1971 redaktor naczelna gazety “Gromada–Rolnik Polski”.
Aleksander Lesz (ur. 1949), biznesmen, założyciel spółki informatycznej Softbank, obecnie prezes funduszu inwestycyjnego GNA. Jest synem Mieczysława Lesza, przedwojennego komunisty, w latach 50. wiceministra górnictwa i wiceprzewodniczącego Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego, w latach 1957-1965 ministra handlu wewnętrznego.
Hanna Lis (ur. 1970), dziennikarka i prezenterka telewizyjna, obecna żona Tomasza Lisa. Jej rodzice byli PRL-owskimi dziennikarzami. Ojciec, Waldemar Kedaj, był wieloletnim korespondentem zagranicznym “Trybuny Ludu” i PAP, a jednocześnie współpracownikiem wywiadu o pseudonimie “Mento”, natomiast matka, Aleksandra Kedaj, była korespondentką “Życia Warszawy”.
Michał Listkiewicz (ur. 1953), sędzia piłkarski, były prezes PZPN. Jego pradziadek Bronisław Koszutski był działaczem SDKPiL i przyjacielem Dzierżyńskiego, a zaraz po wojnie prezydentem Kalisza z ramienia PPR i delegatem na zjazd założycielski PZPR. Jeden z synów Bronisława, Józef Koszutski, przedwojenny komunista, w latach 50. kierował Wojewódzką Radą Narodową w Katowicach, potem był ambasadorem w Szwecji i Szwajcarii. Babcia Listkiewicza, Halina Koszutska, przez wiele lat była redaktorem naczelnym tygodnika “Przyjaciółka” oraz żoną Pawła Hoffmana, w latach 50. kierownika Wydziału Kultury KC PZPR.
Jan Lityński (ur. 1946), wieloletni poseł UD i UW, obecnie doradca prezydenta Komorowskiego. Pochodzi z rodziny przedwojennych komunistów. Jego ojciec, Ryszard Lityński (pierwotnie Perl), zaraz po wojnie był instruktorem Komitetu Wojewódzkiego PPR w Poznaniu, a potem kierował Wydziałem Szkoleniowym w Zarządzie Głównym Związku Walki Młodych, zaś matka, Regina Lityńska (z domu Lorenc), również była aktywistką ZWM, a później sekretarzem redakcji dziecięcej Polskiego Radia.
Marcel Łoziński (ur. 1940), reżyser filmowy. Pochodził z rodziny przedwojennych komunistów. Jego ojciec, Roman Kornecki (właściwie Salo Stramer), w latach 50. był wiceszefem Wydziału Kultury KC PZPR, redaktorem miesięcznika “Nowe Drogi” i korespondentem “Trybuny Ludu” we Francji, zaś matka, Eugenia Łozińska, również pracowała w “Trybunie Ludu”.
Helena Łuczywo (ur. 1946), wieloletnia zastępczyni redaktora naczelnego “Gazety Wyborczej” oraz szefowa spółki Agora. Jej ojciec, Ferdynand Chaber, w latach 1947-1967 był zastępcą kierownika Wydziału Propagandy i Prasy KC PPR i PZPR, zaś matka, Dorota Chaber (pierwotnie Debora Guter), towarzyszyła mężowi od czasów KPP.
2 więcej komentarzy od KTOZ JAK BOG
Czerwone dynastie w MSZ (3)
Zaskakuje niebywała liczba pracowników MSZ wysokiego szczebla i dyplomatów wywodzących się z rodzin zajmujących różne stanowiska w PZPR, wojsku czy nawet Informacji Wojskowej i SB, którymi obsadzano tylko bardzo zaufanych członków partii. Pod tym względem omawiane wcześniej komunistyczne rodowody S. Mellera, R. Schnepfa czy H. Szlajfera to tylko swego rodzaju czubek góry lodowej.
W różnych publikacjach można znaleźć dziesiątki przykładów wysokich rangą urzędników MSZ czy ambasadorów wywodzących się z rodzin komunistycznych. Na przykład Stefan H. Wilk pisał w "Głosie" z września 2006 r. o "Krzysztofie Jakubowskim, szwagrze osławionej minister Aleksandry Jakubowskiej", przez wiele lat, od 1995 r., dyrektorze generalnym MSZ. Krzysztof Górecki pisał już o nim w "Naszej Polsce" z 30 kwietnia 1997 r.: "Krzysztof Jakubowski. (...) Bardzo dobrze osadzony w komunie. Drugie pokolenie działaczy o komunistycznym rodowodzie (...). W latach 1989-1993 radca ambasady w Londynie. Wcześniej bardzo przeciętny urzędnik. Dostrzeżony i awansowany na wicedyrektora gabinetu ministra dopiero przez K. Skubiszewskiego. Za Władysława Bartoszewskiego zostaje dyrektorem generalnym MSZ. Należy do najbliższego kręgu znajomych A. Kwaśniewskiego i bliskich przyjaciół jego rodziny". Według Tadeusza Kosobudzkiego ("MSZ od A do Z", s. 112), Jakubowski w czasie pobytu na placówce w Londynie "publicznie głosił, że do partii został zaciągnięty na siłę i był w niej pod przymusem, pełniąc m.in. funkcję sekretarza komitetu zakładowego PZPR w Ministerstwie Spraw Zagranicznych". Krzysztof Górecki, komentując
meandry kariery Jakubowskiego przy różnych "panach", stwierdzał: "Posiadł, jak widać, umiejętność robienia szybkiej i błyskawicznej kariery, ustawiania się z prądem pomimo faktycznej niezmienności poglądów. Ten mechanizm kadrowy zadziałał w jego przypadku bardzo dobrze. Świadczy to o triumfie specyficznego pluralizmu oraz ciągłości ideowo-politycznej kolejnych ekip rządzących w MSZ po 1999 r.".
A oto inne ciekawsze przykłady komunistycznych rodowodów.
Niebezpieczny Granat
W paru numerach "Naszej Polski" (z 13 stycznia 1998 r. i 12 grudnia 2006 r.) oraz "Głosu" (z 30 września 1997 r.) czytamy o nader barwnej sylwetce dyplomaty Jana Granata. Według "Głosu" z 30 września 1997 r., "Rosatiemu doradzali i wywierali decydujący wpływ na jego politykę kadrową rezydenci tajnej policji politycznej. Przykładem dyrektor generalny MSZ Jan Granat, syn b. szefa Wojsk Ochrony Pogranicza, wieloletni pracownik Departamentu Kadr i kadrowy oficer wywiadu wojskowego PRL (za komuny był także I sekretarzem KZ PZPR). Na ostatniej placówce w Berlinie przebywał rekordowo długo - wyjechał z PRL do NRD, a po siedmiu latach wrócił z Niemiec do RP. W tym czasie minister spraw wewnętrznych Niemiec w corocznym, cytowanym przez niemiecką prasę raporcie nt. stanu bezpieczeństwa wewnętrznego państwa mówiąc o 25 agentach polskich spec-służb pracujących w polskich placówkach dyplomatycznych wymienił go osobiście jako 'agenta, który działa w RFN już od przeszło 6 lat'. Do powrotu do Polski 'przekonało' jednak Granata dopiero umyślne tajemnicze staranowanie jego służbowego BMW... można się domyślać przez kogo zaaranżowane. Będąc formalnie kierownikiem Wydziału Konsularnego placówki Granat nie miał czasu na takie drobiazgi jak ochrona praw tamtejszych Polaków. O obławach milicji niemieckiej i ekspulsji przeszło stu obywateli dowiedział się z... prasy polskiej. Może on być także przykładem mechanizmu wprowadzania w życie ustawy o służbie cywilnej. Obecnie ten rezydent wojskowej bezpieki 'tworzy' cywilny (tak!) korpus urzędniczy w MSZ, obsadzając wszystkie ważne stanowiska swoimi kolegami po fachu".
Krzysztof Górecki kreślił sylwetkę Granata na łamach "Naszej Polski" z 13 stycznia 1998 r. w słowach: "Do skandalicznych, uwłaczających godności III RP, nominacji ludzi obciążonych agenturalną działalnością w służbach specjalnych PRL należy zaliczyć przypadek Jana Granata, do niedawna dyrektora generalnego w MSZ (syn szefa Wojsk Ochrony Pogranicza, kadrowy funkcjonariusz wojskowej bezpieki, za komuny I sekretarz KZ PZPR i długoletni funkcjonariusz Departamentu Kadr MSZ). Ten rezydent tajnej policji politycznej i bliski współpracownik Rosatiego do MSZ skierowany został przez PRL-owski wywiad wojskowy. Jego kariera świadczy o triumfie specyficznego pluralizmu oraz ciągłości ideowo-politycznej kolejnych ekip rządzących w gmachu na Szucha. Po długich wahaniach minister B. Geremek odwołał go z tej funkcji, ale tylko po to, aby... mianować konsulem generalnym - ministrem pełnomocnym RP w Lipsku z ambasadorską pensją. Na swej ostatniej placówce w Berlinie przebywał 7 lat (wyjechał na nią jeszcze z PRL do NRD). Tolerowali go tam wszyscy 'solidarnościowi' ministrowie SZ. Wcześniej pracował w Wiedniu. Na początku lat 70. poprzez ambasadę PRL w tym mieście praktykowano na dużą skalę nielegalny proceder wymiany złotówek na waluty zachodnie (ma to zresztą ścisły związek z tzw. aferą majątku po PZPR i gorączkową aktywnością gospodarczą partii pod koniec jej istnienia). Granat brał w nim bezpośredni udział. (...)
Z jego dziwnym, mało swojskim nazwiskiem wiąże się kilka anegdot i incydentów. Prawdziwą konsternację i panikę wywołał swego czasu w ambasadzie PRL w Pradze telegram (w tego typu korespondencji używa się wyłącznie małych liter) o treści: 'towarzysz kowalski wraz z granatem przylatuje o godzinie 11.30'. W 1996 r. Granat mianowany został przez Cimoszewicza dyrektorem generalnym ds. służby cywilnej. Ministerstwo dogłębnie zaśmieca swoimi kolegami po fachu. W polityce kadrowej interesowało go głównie, co o jego poczynaniach sądzą 'resorty kooperujące' (pod tym eufemizmem z czasów komuny kryją się MSW i MON, cywilna i wojskowa bezpieka). (...)
W przypadku Granata zadziałało także kryterium rasowe. Jojne Granat jest potomkiem żydowskiego komunisty, który po wojnie przybył z Sowietów do Polski i siłą wbijał Polakom we łby komunizm. Przez ludzi Geremka został zaakceptowany i uznany za 'swojego' (...).
Kontynuując temat w "Naszej Polsce" po blisko 7 latach (nr z 12 grudnia 2006 r.), Krzysztof Górecki pisał: "Ciekawe, że zaakceptował go Geremek. Ba, stał się jego głównym doradcą w sprawach kadrowych. Dzisiaj zaakceptowało go PiS. Ciekawe, w czym doradza temu ostatniemu? Jeśli nie daj Boże, PiS utraci władzę, PO dostanie MSZ w 'idealnym' kadrowo stanie. Tusk tu 'normalności' nie będzie musiał przywracać".
Jego ojciec pacyfikował Poznań
Wśród "najbarwniejszych" komunistycznych rodowodów w ambasadach wyraźnie wiódł prym Wsiewołod Strażewski, dyplomata RP w Dżakarcie, Pekinie i Tajpej. Krzysztof Górecki tak pisał o jego ojcu w tekście "Dziadkowie, rodzice, wnuki" ("Nasza Polska" z 27 września 2005 r.): "Wsiewołod Iljicz Strażewski, generał pochodzenia rosyjskiego, niegdyś dowódca Śląskiego Okręgu Wojskowego i wiceminister obrony, jego czołgi uczestniczyły w pacyfikacji robotniczej rewolty w Poznaniu w czerwcu 1956 r. Chwalił się wówczas w sprawozdaniu dla marszałka Rokossowskiego, że 'do rozprawy z demonstrantami wykorzystał swe doświadczenie w walkach z Niemcami w Stalingradzie'. Miarą sowieckiego zniewolenia Polski była wówczas obsada dowództwa LWP: Konstanty Rokossowski - minister obrony, i Wsiewołod Iljicz Strażewski - I wiceminister obrony. Syn Wsiewołod obecnie radca w ambasadzie RP w Dżakarcie".
Stefan H. Wilk z kolei zapytywał na łamach "Głosu" z września 2006 r.: "A kto jest obecnie naszym reprezentantem w Taipei na Tajwanie (...). Otóż pan Wsiewołod Strażewski, syn Wsiewołoda Iljicza Strażewskiego, który w 1956 r. w służbie Sowietów i na rzecz Sowietów dowodząc Śląskim Okręgiem Wojskowym wspierał krwawe stłumienie Powstania Poznańskiego! Czy naprawdę Rzeczypospolitej nie stać na lepszego dyrektora Warszawskiego Biura Handlowego w Taipei?".
Na łamach "Naszej Polski" z 27 września 2005 r. można było przeczytać opowieść K. Góreckiego o innym barwnym rodowodzie - Marka Jędrysa, ówczesnego ambasadora w Wiedniu (gdzie jest teraz?), a wcześniej ambasadora w Bernie i dyrektora Departamentu Europy. Według Góreckiego, M. Jędrys był kadrowym oficerem wywiadu wojskowego (potwierdził to Raport Antoniego Macierewicza o działaniach WSI, gdzie M. Jędrys znalazł się na liście ujawnionych agentów i oficerów WSI), a jego ojcem był płk Zygmunt Jędrys, były zastępca komendanta wojewódzkiego ds. SB w Łodzi, naczelnik wydziału najbardziej związanego z bandyckimi tradycjami utrwalania stalinizmu w Departamencie III MSW (Departament Ochrony Konstytucyjnego Porządku). Według K. Góreckiego, to Zygmunt Jędrys, "wówczas kapitan SB, własnoręcznie aresztował Prymasa S. Wyszyńskiego późnym wieczorem w jego warszawskiej rezydencji na Miodowej 17". Stefan H. Wilk pisał w "Głosie" z września 2006 r. o ówczesnym ambasadorze RP w Singapurze (gdzie jest teraz?) Bogusławie Majewskim. Przypomniał równocześnie, że ojciec tegoż ambasadora RP Jan Majewski "za czasów PRL w latach 1952-1969 'oficer Sztabu Generalnego', był wiceministrem (podsekretarzem stanu) w przejściowych 'latach przełomu' 1985--1992, a potem jeszcze wyjechał jako ambasador RP na placówkę do Pakistanu" (zob. na ten temat również tekst K. Góreckiego w "Naszej Polsce" z 27 września 2005 r.).
Rodzina Bierutów
Wśród dyplomatów III RP nie zabrakło piastujących wysokie stanowiska urzędników powiązanych z rodzinami dyktatorów PRL. Szczególnie "wyróżniła się" pod tym względem "rodzina Bierutów". Krzysztof Górecki tak pisał w "Naszej Polsce" z 30 sierpnia 2005 r. o najsłynniejszej postaci z tego rodu wśród dyplomatów RP: "Maciej Górski - ambasador RP w Atenach, to nieślubny syn Bieruta i jego sekretarki Wandy Górskiej, aktywistki PPR. Kreator i propagandysta stanu wojennego, znany z wystąpień u boku Urbana, któremu prowadził konferencje prasowe, szef Interpressu. W Rzymie, gdzie był jeszcze do niedawna ambasadorem, nie należał do najbardziej zapracowanych dyplomatów. Zajmował się jedynie goszczeniem partyjnych i wojskowych prominentów SLD w prywatnym charakterze nieprzerwanie wizytujących Rzym. Stąd nasza ambasada nazywana była 'Pensjonat Rubens' (leży przy via Rubens). Oprócz pełnienia funkcji szefa pensjonatu zajmował się także kolekcjonowaniem... talonów na benzynę. Na swoje nazwisko zarejestrował pięć samochodów i pobierał z MSZ Włoch talony, które pokątnie z zyskiem spieniężył za - bagatela - kilkanaście tysięcy euro. Po powrocie z Rzymu mianowany ministrem obrony narodowej ds. polityczno-wychowawczych (sic!). W Atenach przejmuje schedę po innym współpracowniku Urbana - Grzegorzu Dziemidowiczu".
Macieja Górskiego odwołano w marcu 2006 r. ze stanowiska ambasadora w Atenach. Krzysztof Górecki pisał w "Naszej Polsce" z 30 sierpnia 2005 r. o bratanku Macieja Górskiego - Adamie Kobierackim, w MSZ od 1982 r., od 1991 r. stałego przedstawiciela RP przy Biurze Narodów Zjednoczonych i Organizacjach Międzynarodowych w Wiedniu, a od 1997 r. szefa Misji RP przy OBWiE w Wiedniu. Górecki przypomniał również postać Grażyny Bernatowicz-Bierut - ambasadora RP w Madrycie, przedtem m.in. dyrektor Departamentu Integracji Europejskiej, a później wiceminister spraw zagranicznych. Jej mężem jest dziennikarz Marek Bierut (Bolesław Bierut był jego stryjem). Wspomniany dziennikarz w stanie wojennym "reaktywował" "Rzeczpospolitą", później był jej korespondentem w Sztokholmie. Według Tekstu S.H. Wilka, do roku 1989, gdy ktoś w MSZ nieopatrznie zatytułował ją [Bernatowicz - JRN] "panią Bernatowicz", niezmiennie poprawiała go, groźnie wykrzykując "Bierut-Bernatowicz" (czy "Bernatowicz-Bierut").
Inni dyplomaci komunistycznego chowu
Bardzo długo można by jeszcze wyliczać różne przypadki dyplomatów RP z komunistycznym rodowodem. Ograniczę się do bardzo skrótowego wyliczenia tylko kilkunastu z nich. Według tekstu K. Góreckiego z "Naszej Polski" z 27 września 2005 r., Jarosław Spyra, były wicedyrektor Departamentu Ameryki (w 2005 r. ambasador w Chile, jest nim do dziś), jest synem płk. Eugeniusza Spyry, byłego naczelnika Wydziału III w Departamencie I MSW. Z kolei ulokowany w jednej z agend ONZ Włodzimierz Cibor jest synem majora Tadeusza Cibora z Departamentu III MSW, który rozpracowywał m.in. Melchiora Wańkowicza przed aresztowaniem w 1964 roku. Andrzej Lisowski, z nominacji Bartoszewskiego konsul generalny w Săo Paulo, jest synem płk. Bogdana Lisowskiego, m.in. wicedyrektora Departamentu I MSW, rezydenta bezpieki w Paryżu i Bejrucie. Ryszard Ostaś, naczelnik w Departamencie Konsularnym, jest synem płk. Józefa Ostasia, funkcjonariusza MSW, zastępcy prokuratora generalnego oraz kierownika Wydziału Administracyjnego KC PZPR. Były zastępca dyrektora Departamentu Konsularnego MSZ, później konsul generalny w Kalingradzie Jarosław Czubiński, jest bratankiem Lucjana Czubińskiego, długoletniego prokuratora generalnego PRL. Wojciech Piątkowski, były wicedyrektor Departamentu Polityki Bezpieczeństwa MSZ, a w 2005 r. radca minister w Londynie, jest synem Wacława Piątkowskiego, byłego kierownika Wydziału Zagranicznego KC PZPR. Z kolei urzędujący ambasador RP w Armenii Tomasz Knothe jest synem Jerzego Knothego, byłego funkcjonariusza KPP i agenta Kominternu, a później ambasadora w Pekinie. Ojczymem T. Knothego był wieloletni PRL-owski wiceminister spraw zagranicznych Józef Winiewicz.
Według artykułu K. Góreckiego z "Naszej Polski" z 7 maja 1997 r., Adam Halamski, w 1997 r. wicedyrektor Departamentu Europy, jest synem działacza PZPR i oficera SB. Wicedyrektor Departamentu Konsularnego Tadeusz Chomicki, nazywany w MSZ "Dawidek", jest synem pułkownika PRL-owskiego wywiadu wojskowego. Według artykułu K. Góreckiego w "Naszej Polsce" z 21 listopada 2006 r. Piotr Szymanowski, były ambasador RP w Maroku, a obecnie konsul generalny w Strasburgu, jest synem KPP-owca, byłego dyrektora departamentu informacji w MSZ w dobie PRL, a później ambasadora w Szwecji. Były ambasador RP w Wenezueli Jarosław Perlin jest synem płk. Oskara Perlina, byłego politruka w międzynarodowych brygadach w Hiszpanii. Ambasador RP w USA Janusz Reiter jest - według wspomnianego tekstu K. Góreckiego z "Naszej Polski" z 21 listopada 2006 r. - "przez żonę skoligacony z familią Sznurkowskich (vel Schneiderman). Teść Reitera Tadeusz Sznurkowski przybył do Polski w 1944 r. z armią sowiecką (...), za komuny funkcjonariusz MSW i MSZ (dyrektor departamentu prasy, dyplomata w Berlinie i Bonn)". Według artykułu K. Góreckiego z "Naszej Polski" z 13 września 2005 r. Maciej Lewandowski, w MSZ od 1982 r., a po 1989 r. kolejno konsul generalny w Strasburgu, dyrektor Departamentu Integracji z UE w MSWiA, a w 2005 r. zastępca ambasadora w Bukareszcie, jest synem szefowej tajnej kancelarii w KC PZPR i zięciem wspomnianego już T. Sznurkowskiego vel Schneidermana. Według tekstu K. Góreckiego z "Naszej Polski" z 6 stycznia 1999 r., dyrektorem generalnym MSZ w grudniu 1997 r. został Maciej Radlicki, syn funkcjonariusza Ministerstwa Sprawiedliwości i dyspozycyjnego prokuratora na Pradze Północ. Obecnie jest ambasadorem w Rzymie. Według Góreckiego, Radlicki senior: "Był bardzo 'aktywnym' prokuratorem w kontekście represji wobec autorów robotniczego buntu w Radomiu w 1976 r.". Według artykułu K. Góreckiego z "Naszej Polski" z 30 kwietnia 1997 r., ówczesny dyrektor departamentu integracji europejskiej Stanisław Stebelski to były szef ZMS na SGPiS, syn generała LWP - pełnomocnika ds. pobytu wojsk sowieckich w Polsce, ortodoksyjnego komunisty. Roman Chałaczkiewicz, w 1997 r. ambasador w Iraku, a obecnie w Abu Dhabi, jest synem zastępcy komendanta wojewódzkiego MO ds. SB w Bydgoszczy. Sam Chałaczkiewicz był ostatnim sekretarzem Komitetu Zakładowego PZPR w MSZ przed 1989 rokiem.
"Internacjonalista" - spec od dyplomatycznych "czystek"
Na koniec tego wyliczenia nieco szerzej opiszę jeden dość przedziwny "kwiatek" z dyplomatycznej łączki. Chodzi o osobę Macieja Koźmińskiego, byłego ambasadora RP na Węgrzech. Był kiedyś mocno eksponowany na łamach "Gazety Wyborczej", co specjalnie nie dziwiło. Skrajny "internacjonalista", z uprzedzeniami do tradycyjnego polskiego patriotyzmu, wielce zaprzyjaźniony z A. Michnikiem, tym chętniej musiał być reklamowany w "Wyborczej". W przeciwieństwie do wielu innych ambasadorów z poręki Geremka i Skubiszewskiego miał nawet istotny atut - pojechał na Węgry jako "fachowiec" (znał jęz. węgierski i miał za sobą naukowe publikacje na temat historii Węgier). Były jednak również pewne "ale" w związku z jego osobą. O paru z nich napisał Krzysztof Górecki w tekście "Antypolonizm polskiego MSZ", część 2 ("Nasza Polska" z 16 października 1996 r.), stwierdzając m.in.: "Maciej Koźmiński, ambasador RP na Węgrzech, internacjonalistyczny historyk. W swych informacjach, przesyłanych do MSZ szczególny nacisk kładzie na zagrożenie demokracji węgierskiej ze strony prawicy i nacjonalizmu węgierskiego (...). Stosunkowo mało znanym wątkiem jego życiorysu jest, że ojciec wymienionego, kadrowy pracownik SB, był tuż po wojnie attaché handlowym w Budapeszcie i operacyjnie rozpracowywał węgierską Polonię, denuncjując i przekazując wszystkie dane i charakterystyki o niej NKWD i miejscowym stalinowcom". Jak widzimy, ze strony K. Góreckiego padło niebywale ciężkie oskarżenie na temat ojca M. Koźmińskiego i jakoś nigdzie nie spotkałem się z próbą zaprzeczenia przez samego M. Koźmińskiego tej tak oskarżycielskiej informacji.
Tak się składa, że sam aż nadto dobrze poznałem M. Koźmińskiego jako "znawcę węgierskiej historii". W jego niezbyt ciekawym i bogatym dorobku w tej dziedzinie główną pozycję stanowiła pisana w wielce dogmatycznym stylu książka o stosunkach Polski i Węgier w latach 1938-1939, skrajnie przyczerniająca obraz polityki obu krajów. A przy tym przeraźliwie nudna, z tych, co to aż zęby bolą przy lekturze. Właśnie nudziarstwo i ogromne nadęcie było przeraźliwymi cechami osobowości M. Koźmińskiego, ciężko znoszonymi już u "naukowca", a wręcz odpychającymi u kogoś, kto został ambasadorem. Dodajmy, że był tym ambasadorem w Budapeszcie głównie za czasów rządów Węgierskiego Forum Demokratycznego, partii jednoznacznie patriotycznej i prawicowej. Sam Koźmiński zaś był gorącym zwolennikiem opozycyjnego Związku Wolnych Demokratów, węgierskiego odpowiednika Unii Demokratycznej, partii maksymalnie zdominowanej przez mniejszość żydowską (liczy ona na Węgrzech ponad 100 tys. ludzi i koncentruje się głównie w Budapeszcie). Koźmiński, wbrew regułom dyplomacji, lgnął głównie do tej opozycyjnej "internacjonalistycznej" partii kosztem kontaktów z patriotycznym Węgierskim Forum Demokratycznym. Opowiadał mi o tym wprost niepokojące rzeczy były radca polityczny Ambasady RP na Węgrzech Piotr Lippóczy, świetnie znający Węgry i język węgierski, ale usunięty przez Koźmińskiego za niepoprawne politycznie poglądy. Lippóczy wręcz oskarżał później Koźmińskiego o "wojujący syjonizm". Usunięcie Lippóczego było tylko jednym z licznych elementów "czystki" prowadzonej przez Koźmińskiego wobec mających inne niż on poglądy dyplomatów. Tadeusz Kosobudzki w swojej książce "MSZ od A do Z" (s. 131) pisał, że "Koźmiński znany był (...) z wielu propozycji odwołań z placówki w Budapeszcie". Wykazał za to bardzo szeroki gest w sprawach finansowych. Według Kosobudzkiego (op. cit., s. 131), Koźmiński "W drodze bezpośrednich kontaktów z ministrem Skubiszewskim wbrew wyrażonej na piśmie opinii służb inwestycyjnych ministerstwa uzyskał zgodę na zbyteczną nadbudowę piętra w budynku ambasady. Koszty wyniosły 2,3 mln dolarów". Rzeczpospolita zapłaciła.
Prof. Jerzy Robert Nowak
Jest to ostatnia część artykułu z cyklu "Czerwone dynastie w MSZ".
Czerwone dynastie w MSZ (2)
Meller i Schnepf są widocznymi symbolami szerszej tendencji w rozwoju MSZ po 1989 r., w czasach rządów Skubiszewskiego, Geremka, Cimoszewicza, Rosatiego czy Bartoszewskiego. Można tylko podziwiać, jak wielu "internacjonalistów" z mocno komunistycznym rodowodem usadowiło się na stanowiskach w MSZ jako kolejne pokolenie "decydentów" w tej instytucji. W efekcie tego "naboru" Ministerstwo Spraw Zagranicznych wprost roi się od różnych przedstawicieli "czerwonych dynastii" i geremkowców, skrajnie niechętnie nastawionych do tradycyjnego polskiego patriotyzmu i do religii katolickiej.
Jednym z najgorszych przykładów MSZ-owskich decydentów pełnych uprzedzeń wobec katolicyzmu i patriotyzmu jest pełniący obecnie funkcję dyrektora archiwum MSZ "internacjonalista" i "tropiciel polskiego antysemityzmu" Henryk Szlajfer.
Hańba Henryka Szlajfera
Jego przyspieszoną karierę dyplomatyczną i szansę na wymarzony awans na ambasadora RP w Waszyngtonie przerwało spadłe nań jak grom z jasnego nieba w 2005 r. oskarżenie o kłamstwo lustracyjne. Z drugiej strony zaskakujące jest, że człowiekowi oskarżonemu o kłamstwo lustracyjne powierzono funkcję dyrektora archiwum w MSZ, gdzie znajduje się przecież tak wiele poufnych i tajnych materiałów. To przecież coś takiego jak oddanie stada owiec pod opiekę wilkowi!
Sam Henryk Szlajfer jest synem żydowskiego ubeka z Wrocławia, a później cenzora z Warszawy Ignacego Szlajfera. Wyraźnie zacierał niegodną przeszłość ojca, akcentując głównie mniej kompromitującą jego rolę jako cenzora. I tak np. w korowskiej "Krytyce" (nr 28-29 z 1988 r.) pisał na s. 30: "Czy wywodziłem się z kręgu 'prominentów'? Nie sądzę. Cenzor to nie jest stanowisko kojarzone z 'elitami władzy'. Ojciec był właśnie cenzorem". Przypomnienie, że ojciec Szlajfera był przedtem oficerem UB, jest szczególnie istotne ze względu na to, że sam Henryk Szlajfer stara się usilnie pomniejszać rolę Żydów-ubeków w swej ogromnie zakłamanej książce "Polacy/Żydzi. Zderzenie stereotypów" (Warszawa 2003, s. 53, 105), nie wiedzieć dlaczego nazwanej przez niego esejem. Cynicznie przemilcza w niej jakże istotny fakt, że w tej sprawie nie pisze akurat z jakiegokolwiek obiektywnego dystansu, w sytuacji gdy jego ojciec był ubekiem. (por. uwagi o roli Ignacego Szlajfera jako żydowskiego ubeka w "Naszej Polsce" z 15 marca 2000 r.). W swoim czasie H. Szlajfer był jednym z głównych kompanów Adama Michnika. Strasznie naraził mu się jednak oraz innym żydowskim kolegom na skutek haniebnego zachowania po marcu 1968 roku. Uwięziony przez SB całkowicie się załamał i potwornie sypał na kolegów podczas moczarowskiego śledztwa. Jego zeznania ogromnie obciążyły wiele uwięzionych osób z ruchu studenckiego. Część z nich potem przez wiele lat nie chciała mu podawać ręki. Warto przytoczyć w tym kontekście fragmenty książki słynnego sowietologa żydowskiego pochodzenia prof. Paula Lendvaiego "Antisemitism in Eastern Europe" (London 1971, s. 105): "Policja bezpieczeństwa posiadała pełne zapisy rozmów czy dyskusji, które miały miejsce w kręgu zwanych 'grupami komandosów'. Zeznanie złożone przez jednego z najwybitniejszych buntowników studenckich Szlajfera dowodziło, że oni polegali (...) również na informatorach. Czy sam Szlajfer działał jako prowokator podczas styczniowej manifestacji przeciwko zakazowi 'Dziadów', czy też został dopiero później zaszantażowany, nie ma większego znaczenia. Co się liczyło, to fakt, że podczas procesu Adama Michnika, Barbary Toruńczyk, Wiktora Góreckiego i jego samego on [tj. H. Szlajfer - JRN] zrobił wszystko co możliwe dla wsparcia wymyślonych oskarżeń prokuratury. Michnik został skazany na 3 lata, Szlajfer i Toruńczyk na 2 lata, a Górecki na 20 miesięcy. Szlajfer został jednak szybko zwolniony już w dwa dni po procesie".
Sam Szlajfer przyznawał po latach na łamach "Krytyki" (nr 28-29 z 1988 r. s. 31-32): "W lutym 1969 r., gdy wychodziłem z więzienia, nie było mi jednak do śmiechu. Wychodziłem bowiem z piętnem tego, który zaprzedał się, wyraził skruchę i został za to odpowiednio wynagrodzony. (...) Wyszedłem z więzienia psychicznie rozbity i jednocześnie z meczącą mnie po dziś dzień zawziętością (...). Z jednej strony tłumione poczucie winy, świadomość, że wszystko rozegrało się w paskudny sposób, z drugiej zaś protest przeciwko narzuconej mi roli 'kozła ofiarnego'. Konsekwencją była izolacja, a następnie samoizolacja, i przez ponad dwa lata trudności w mówieniu. A przecież (...) należało iść do ludzi i powiedzieć 'przepraszam'. Trzeba było iść do wszystkich - i tych, jak Adam i Karol, i tych, jak Irena L. i Basia T. (...). Trzeba było powiedzieć 'przepraszam', ponieważ pokój oficera śledczego czy też sala sądowa nie są właściwym miejscem do prowadzenia rozrachunków politycznych i dysput teoriopoznawczych (...). Po dziś dzień nie wiem, dlaczego po wyjściu z więzienia nie powiedziałem tego słowa. Przecież wiedziałem, jak ludzie odebrali moją postawę w śledztwie i w sądzie (...). Liczyło się to, że stanąwszy przed sądem, nie powiedziałem: odwołuję wszystkie moje zeznania, i kropka. Liczyło się to, że różnice stały się w rękach prokuratora i SB narzędziem manipulacji. (...) Nie potrafiłem powiedzieć przepraszam (...)".
Henryk Szlajfer przyznawał również (s. 36): "Z Adamem [przypuszczalnie chodzi o A. Michnika - JRN], z którym byłem najbardziej zaprzyjaźniony, nie spotkałem się do 1980 r.". I to najlepiej pokazuje rozmiary izolacji, jaka spotkała Szlajfera nawet we własnym środowisku żydowskim z powodu jego haniebnych zeznań. Przypuszczalnie to zadecydowało, że nie awansował po 1989 r. na wysokie stanowisko, jak stało się to z licznymi jego kolegami - byłymi żydowskimi "komandosami". Minister Krzysztof Skubiszewski zrobił go jedynie wicedyrektorem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, co i tak było o wiele za wysoko dla Szlajfera mającego wówczas niewielki dorobek naukowy.
Potem Skubiszewski mianował go nawet p.o. dyrektorem PISM. Chociaż był tylko doktorem, zarządzał dzięki temu czołowym polskim instytutem zajmującym się badaniami problematyki międzynarodowej, w którym pracowało wielu badaczy z o wiele większym od niego dorobkiem i wyższymi od niego stopniami naukowymi (profesorów i doktorów habilitowanych). Stał się posłusznym narzędziem Skubiszewskiego w likwidowaniu PISM, "grabarzem" tego instytutu, działając dla przekształcenia go z niezależnego instytutu naukowego w wyłącznie departament MSZ. Szlajfer skorzystał na tym osobiście, zostawszy dyrektorem PISM jako departamentu. Poprzednio jako tylko doktor nie miał żadnych szans na zostanie na trwałe dyrektorem PISM jako odrębnego instytutu naukowego. Przeprowadził przy tym dokładną czystkę PISM z niewygodnych mu pracowników, starannie dbając, by na ich miejsce weszli wyłącznie dobrani przez niego "internacjonaliści - Europejczycy". Tak oczyszczono PISM z badaczy troszczących się o obronę polskiego interesu narodowego.
Odtąd zaczęły się przyspieszone awanse Szlajfera. Według zapisków "Notesu dyplomatycznego" sygnowanego przez "attaché" w "Przeglądzie" z 21 stycznia 2007 r., Szlajfer "pisał przemówienia Geremkowi" i był strategiem jego polityki. Według innych zapisków tegoż "attaché" ("Przegląd" z 11 kwietnia 2004 r.), Szlajfer "był prawą ręką Bronisława Geremka" i przez lata prowadził Departament Planowania i Analiz. W 2000 r. został (do 2004 r.) stałym przedstawicielem Polski przy Biurze Narodów Zjednoczonych i Organizacjach Międzynarodowych oraz stałym przedstawicielem - szefem misji Rzeczypospolitej Polskiej przy OBWE w Wiedniu w randze ambasadora. Przez lata miał przy tym szczególnie dobranego współpracownika - pułkownika Świetlickiego. Jak opisywał "attaché" w "Przeglądzie" z 11 kwietnia 2004 r.: "Szlajfer - Świetlicki to duet godny MSZ-owskiej powieści. Pierwszy jest człowiekiem demokratycznej opozycji, drugi pułkownikiem polskiego wojska, a raczej jego pewnej służby, który został wojskowym emerytem, a potem rozpoczął karierę w MSZ. Nagle pojawił się u Szlajfera w DPiA jako jego człowiek i jego zastępca. Jakim cudem? (...) Obu panom jest razem świetnie. Najpierw całe lata byli w Departamencie Analiz, choć trudno uznać, by pan pułkownik miał predyspozycje do pracy w tej komórce. Potem Szlajfer wyjechał do Wiednia i natychmiast wziął na zastępcę Świetlickiego".
W 2005 r. pod koniec rządów postkomunistów z SLD Szlajferowi trafiła się niesłychana gratka. Postkomuniści uznali go - byłego opozycjonistę, za najdogodniejszego kandydata do reprezentowania III RP jako ambasador w USA. Był to wybór niesłychany. Na najważniejsze stanowisko ambasadorskie wysyłano właśnie Szlajfera. To on miał utrzymywać kontakty z największą Polonią w świecie, tak patriotyczną, tak katolicką i tak antykomunistyczną. Wysyłano do tego typu kontaktów człowieka znanego z uprzedzeń do polskiej historii, znanego z niewybrednych ataków na obrońców polskości i zajadłego tropiciela "polskiego nacjonalizmu". Dość przypomnieć jego obrzydliwą napaść na broniących prawdy o Polsce profesorów Zbigniewa Musiała i Bogusława Wolniewicza w książce "Polacy/Żydzi. Zderzenie stereotypów" (Warszawa 2003, s. 105-106). Dodajmy, że Szlajfer, pełen uprzedzeń do Kościoła katolickiego, był w 1992 r. współautorem oszczerczego antykatolickiego tekstu, drukowanego w "East European Reporter" (nr z maja-czerwca 1992 r.). Tekst ten pod jakże wymownym jednoznacznym tytułem "Is the Catholic Church a threat to democracy?" ("Czy Kościół katolicki jest zagrożeniem dla demokracji?") zawierał grubiańskie oszczercze oskarżenia pod adresem Kościoła katolickiego w Polsce. Stwierdzano tam m.in. (s. 20), że "(...) obecna polityka Kościoła polskiego jest nie do pogodzenia z naszą wizją demokratycznego porządku politycznego (...). Sprawa polega na tym, że poprzez swój obecny triumfalizm i ekspansjonizm Kościół prawdopodobnie stacza ostatnią desperacką walkę w obronie starej historycznej Polski (...). Kościół musi się zmienić. Jedyne punkty w tej debacie to, jak to długo będzie trwało i jakie będą społeczne koszty transformacji". I takiego to człowieka pełnego uprzedzeń do Kościoła katolickiego miano wysłać na tak odpowiedzialne stanowisko ambasadora w USA!
Nagle Szlajfer dostał cios z niespodziewanej strony. Jeden z naukowców amerykańskich oskarżył go o współpracę z SB. Potem przyszła cała fala oskarżeń o "kłamstwo lustracyjne". Nawet w wybraniającej Szlajfera "Gazecie Wyborczej" przytoczono w tekście Wojciecha Czuchnowskiego "Telewizja lustruje Szlajfera" (nr z 15 czerwca 2005 r.) niektóre niezbyt wygodne dla Szlajfera fakty. Znalazła się wśród nich wypowiedź prof. Jerzego Eislera z IPN, skądinąd związanego z michnikowcami, iż: "(...) podczas pobytu w areszcie Szlajfer pod presją SB złożył obszerne zeznania. Notatki, które wtedy robił, podobnie jak jego zeznania, służyły jako materiał dla prokuratora. Wykorzystywane też były wielokrotnie przez komunistyczną propagandę" - mówi Eisler. (...) Podlegał ostracyzmowi - miano mu za złe jego postawę w śledztwie, tym bardziej że w odróżnieniu od niektórych nie przeprosił za to, jak się zachował - tłumaczy Eisler.
Szokujący nadal pozostaje fakt, że Szlajfer, oskarżany o "kłamstwo lustracyjne", jest wciąż dyrektorem archiwum MSZ.
Warto dodać, że współautorem, wraz ze Szlajferem, tekstu atakującego Kościół katolicki w Polsce, był Piotr Ogrodziński. Według Krzysztofa Góreckiego (tekst w "Naszej Polsce" z 17 marca 1999 r.), ojciec Piotra Ogrodzińskiego (obecnie ambasadora w Kanadzie) przed 1968 r. był dyrektorem departamentu w MSZ i ambasadorem w Paryżu.
Kariera córki polakożercy Wiktora Grosza
Zdumiewają przyspieszone kariery robione po 1989 r. przez potomków stalinowskich targowiczan i polakożerców od Wiktora Grosza po Jerzego Borejszę. Szczególnie wymowna pod tym względem była kariera Małgorzaty Lavergne, córki Grosza (właść. Izaaka Medresa). Przybywszy do kraju po wieloletnim pobycie w Berlinie Zachodnim, Lavergne w 1991 r. błyskawicznie awansowała na wielce odpowiedzialną i intratną funkcję wicedyrektora departamentu promocji i informacji. Ciekawe, w jak wielkim stopniu atutem Lavergne w oczach geremkowców było wywodzenie się od takiego ojca jak Wiktor Grosz, jeden z najpodlejszych stalinowskich propagandystów i agentów NKWD.
W latach 30. Grosz należał do tajnej komórki Kominternu przeprowadzającej w Polsce tajne operacje wywiadowcze. Po napaści ZSRS na Polskę stał się jednym z najgorliwszych kolaborantów z Sowietami. Był m.in. sekretarzem redakcji osławionej lwowskiej gadzinówki "Czerwonego Sztandaru". Odegrał wyjątkowo brudną rolę w pierwszych latach sowietyzacji Polski, począwszy od 1944 roku. Należał do tej licznej skądinąd grupy komunistów żydowskich, którzy postawiwszy na stalinizm, zrobili zadziwiające, iście napoleońskie kariery - w ciągu zaledwie czterech lat (1941-1945) awansował z szeregowca na generała. Tak błyskawiczną karierę zawdzięczał fanatycznej gorliwości w plwaniu na polskość i polskie siły niepodległościowe. To on jako szef Głównego Zarządu Polityczno-Wychowawczego Wojska Polskiego w latach 1944-1945 inspirował najohydniejsze antyakowskie plakaty w stylu: "AK - zapluty karzeł reakcji" i zajadle szkalował Powstanie Warszawskie. Już w październiku 1944 r. dał sygnał do najskrajniejszej kampanii oszczerstw przeciw Armii Krajowej. W poufnej instrukcji zalecał: "Mamy liczne dowody zbieżności haseł głoszonych przez AK i propagandę Goebbelsa, mamy liczne dowody współpracy AK - NSZ z bandami bulbowskimi i gestapo, nie pora więc okazywać im 'zrozumienie', 'szacunek' i tolerować 'przywiązanie do przeszłości'. (...) Każdy pracownik pol-wychu musi pojąć, że dzisiaj nie ma miejsca na żadne kompromisy z AK w wojsku. Jeśli byli akowcy chcą pracować z nami, nie zawieramy z nimi żadnych układów o nieagresji w stosunku do ich dawnej ideologii. Oni muszą ze swoją przeszłością zerwać, potępić ją i odgrodzić się od niej, a wtedy będzie dla nich miejsce w Wojsku Polskim. To nie jest układ równych z równymi (...) zwolenników 'neutralnego' czy pojednawczego stosunku do AK traktować jako akowców, dopóki się nie wykażą w najbliższym czasie aktywną walką przeciw AK (...) (cyt. za J. Ślaski "Skrobów", "Tygodnik Solidarność" z 1 września 1989 r.).
7 października 1944 roku, tuż po kapitulacji Powstania Warszawskiego, Grosz ogłosił wytyczne pracy propagandowej nr 7: "W sprawie haniebnej roli dowództwa AK w Warszawie". W instrukcji piętnował przebieg powstania jako rzekomy dowód "całej przewrotności politycznej i zdrady ze strony dowództwa AK". Twierdził, że: "Uhonorowaniem haniebnej, zdradzieckiej polityki dowództwa AK jest podpisanie kapitulacji i wydanie w ręce niemieckich zbirów powstańców wraz z bronią i amunicją oraz ludności cywilnej". Kończył swe wywody zaleceniem: "Należy rozniecić płomień powszechnego oburzenia przeciwko zdradzieckiej robocie sanacyjno-londyńskiej, rozbić dotychczasowe ogniska sympatyków AK" (oba cytaty za B. Urbankowskim: "Czerwona msza", Warszawa 1998, s. 331-332).
8 grudnia 1944 r. w pogadance dla "nowego" wojska Grosz głosił: "Zdrajcy spod znaku NSZ i AK stosują swą starą wypróbowaną metodę prowokacji i szpiegowania... Zniszczyć to, co jest dumą narodu, co jest jego siłą - Wojsko Polskie - oto wspólny cel Hitlera i AK" (cyt. za T. Żenczykowski: "Polska Lubelska 1944", Warszawa 1990, s. 193). W wydanej w 1945 r. broszurze "Na drogach powrotu" Grosz głosił, że wybuch Powstania Warszawskiego spowodowała egoistyczna awanturniczość garstki bankrutów; twierdził, że "była to największa zbrodnia sanacyjnej kliki".
W grudniu 1945 r. mianowany generałem brygady, w marcu 1946 r. Grosz stał się szarą eminencją specjalnej Państwowej Komisji Bezpieczeństwa, która miała nadzorować pacyfikację Polski, tak by doprowadzić do pełnego wyniszczenia podziemia niepodległościowego. Również w marcu 1946 r. przechodzi do Ministerstwa Spraw Zagranicznych na stanowisko dyrektora Departamentu Prasy i Informacji. W latach 1950-1954 był ambasadorem PRL w Czechosłowacji, a od lutego do października 1955 r. przedstawicielem PRL w Międzynarodowej Komisji Nadzoru i Kontroli. Po powrocie do kraju nadzorował znane z niebywałej fali oszczerstw redakcje "Kraj" i "Fala 49" w rozgłośni Polskiego Radia.
Można tylko podziwiać skwapliwość, z jaką opanowane przez komunę i geremkowców MSZ zatroszczyło się w 1991 r. o wypromowanie kariery nieznanej przedtem szerzej Małgorzaty Lavergne, córki tak "zasłużonego" targowiczanina. Jako wicedyrektor departamentu promocji i informacji, a od 1992 r. dyrektor departamentu polityki kulturalnej i naukowej MSZ Lavergne nie wyróżniła się raczej kompetencjami fachowymi. Zasłynęła czymś zupełnie innym - niebywałą zręcznością w organizowaniu dla siebie jak największej liczby wyjazdów zagranicznych. Świetny znawca kulisów MSZ Tadeusz Kosobudzki pisał w swej książce "MSZ od A do Z" (Warszawa 1997, s. 137): "W MSZ praktykowane były wycieczki pod pozorem służbowych delegacji. Korzystała z tego również Małgorzata Lavergne. Zalecała takie przygotowanie biletów lotniczych, żeby po drodze odwiedzić miasta, gdzie ma swoich najbliższych - siostrę czy przyjaciółkę. Lavergne nie lubiła latać przez Frankfurt. Pracownicy więc musieli szukać nowych połączeń. To podnosiło koszty, ale było tolerowane (...). We wrześniu 1994 r. przebywała w Dubaju, prowadząc negocjacje na temat wymiany kulturalnej z tym emiratem. Dubaj słynie co prawda bardziej ze świetnie zaopatrzonych sklepów niż ze zdobyczy w dziedzinie kultury". Doprawdy trudno nie "podziwiać" takiej inwencji pani Lavergne w wyszukiwaniu "odpowiednich" kontaktów kulturalnych dla Polski. Rzecz znamienna, że pani ta "gorączkowo trudziła się" nawiązywaniem wymiany kulturalnej w Dubaju w sytuacji, gdy brakowało pieniędzy na promocję polskiej kultury, choćby wśród setek tysięcy Polaków zamieszkałych na Litwie, Ukrainie, Białorusi czy w Rosji.
Borejszowie w przedsionkach władzy
Podobnych przypadków awansów w MSZ jak pani Lavergne było wyjątkowo wiele. Wszechwładni w MSZ geremkowcy niejednokrotnie wysyłali po 1989 r. na świetnie płatne posady zagraniczne za niby "naszego rządu" dzieci najbardziej nawet skompromitowanych komunistycznych targowiczan. By przypomnieć choćby mianowanego w 1990 r. na dyrektora Stacji Naukowej PAN w Paryżu (przebywał tam w latach 1990-1995) Jerzego W. Borejszę, syna najbardziej osławionego stalinowskiego propagandysty w Polsce Jerzego Borejszy (Goldberga) i zarazem bratanka jednego z najokrutniejszych ubeckich katów Józefa Różańskiego.
Ojciec historyka Jerzego W. Borejszy - stary agent NKWD Jerzy Borejsza (senior), "wsławił się" swoimi donosami już w okupowanym przez Sowietów Lwowie po 17 września 1939 roku. Donosom zawdzięczał swój awans na dyrektora wydawnictwa Ossolineum, w którym przeprowadził bezwzględną komunistyczną czystkę. Wspominał o tym pisarz Aleksander Wat w "Moim wieku", stwierdzając, że: "Borejsza objął Ossolineum i trochę profesorów wysłał do mamra. Między innymi naczelnego dyrektora Ossolineum Lewaka". Po aresztowaniu "dzięki" J. Borejszy profesor Lewak zaginął bez wieści. Borejsza - według informacji utrwalonej w tzw. taśmach Ważyka - podobno przyczynił się również do aresztowania poety W. Broniewskiego przez Sowietów w 1940 roku. Aleksander Wat wspominał również o zeznaniach Borejszy wymierzonych przeciwko niemu, mówiąc, że: "Były one takie, że powinni mnie byli od razu rozstrzelać według swoich enkawudowskich kryteriów".
W 1944 r. Borejsza został pierwszym cenzorem w tzw. Polsce Ludowej. Później, korzystając ze wsparcia swego okrutnego brata Józefa Różańskiego (Goldberga), dyrektora Departamentu Śledczego w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, sowietyzował całą polską prasę i wydawnictwa. Jakże wymowne pod tym względem były oskarżycielskie zapiski na temat roli Borejszy zawarte w "Dziennikach" Marii Dąbrowskiej czy we wspomnieniach Moniki Żeromskiej, córki słynnego pisarza.
Stryj historyka Jerzego W. Borejszy Józef Różański (Goldberg), również stary agent NKWD, "zapisał się" w historii jako jeden z największych katów Polaków po 1944 roku. Mniej znane są jego wcześniejsze "dokonania". A przede wszystkim to, że był on funkcjonariuszem oddziału NKWD do spraw polskich we Lwowie od 1939 r. do 2 czerwca 1941 roku. Miał do czynienia z polskimi jeńcami z Katynia i Starobielska. Powojenna działalność Różańskiego jako dyrektora X departamentu (śledczego) w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego była już nieraz szerzej opisywana (odsyłam tu m.in. do mojego tomiku "Zbrodnie UB", Warszawa 2001, s. 9-11). Przypomnę tylko, że właśnie Różański ponosi współodpowiedzialność za kilka najhaniebniejszych zbrodni na polskich patriotach - m.in. rotmistrzu Witoldzie Pileckim i generale "Nilu" Fieldorfie. Historyk i publicysta Tadeusz M. Płużański pisał o procesie Pileckiego i jego towarzyszy: "Wyroki zapadły już wcześniej - wydał je dyrektor departamentu śledczego MBP Józef Goldberg Różański" (por. T.M. Płużański, Prokurator zadań specjalnych, "Najwyższy Czas", 5 października 2002 r.). Właśnie Różański wydał 13 grudnia 1950 r. rozkaz osadzenia w więzieniu mokotowskim gen. Fieldorfa "Nila". Tak wpływowy w MBP doby stalinizmu Różański był skrajnym antypolskim szowinistą. By przypomnieć w tym kontekście opinię Teofili Weintraub, Żydówki z pochodzenia, wypowiedzianą w zbiorze wywiadów Ruty Pragier: "Różański. Jego sekretarka mówiła, że był polakożercą. Nienawidził ludzi" (R. Pragier, Żydzi czy Polacy, Warszawa 1992, s. 120).
Wybielacz komunistycznych zbrodni
Powie ktoś, że Jerzy W. Borejsza junior nie może odpowiadać za winy swego ojca, stalinowskiego dyktatora prasy i wydawnictw, czy stryja - J. Różańskiego - kata Polaków. Na pewno nie musi za to odpowiadać, ale w nowym systemie powstałym po upadku komunizmu powinien zachować przynajmniej minimum przyzwoitości w ocenie przeszłości. Jak jednak ocenić to, że on - naukowiec, historyk, pochodzący z rodziny, która tak ciężko zhańbiła się działaniami przeciwko Polsce, konsekwentnie próbuje wybielać komunistyczną przeszłość. Zamiast poparcia rozrachunku z tym wszystkim, co było najwstrętniejsze w komunistycznych zbrodniach, J.W. Borejsza junior należy do historyków szczególnie zaangażowanych w pomniejszaniu tamtych zbrodni. Ostro skrytykował go za to współautor słynnej "Czarnej księgi komunizmu" Stephen Courtois.
Już 2 stycznia 1988 r. w wywiadzie dla "Polityki" pt. "Czas przeszły niedokonany..." J.W. Borejsza próbował pomniejszać komunistyczne zbrodnie i tłumaczyć na swój sposób rozmiary sowieckiego terroru, akcentując: "Trzeba pamiętać o wiekowych tradycjach carskiego terroru (...) trzeba pamiętać, że bolszewicy byli niewielką elitarną partią złożoną z wielu światłych ludzi. (...) Wiedzieli, że jeśli im się nie powiedzie, to rzeczywiście nastąpi biały terror, który ich wszystkich zmiecie". Trudno pojąć, jak naukowiec - profesor wyższej uczelni, mógł posunąć się do tak absurdalnych kłamstw! Bolszewicki terror dziesiątki, a nawet setki razy przewyższał rozmiary carskiego terroru. Najskrajniejszy czerwony terror rozwinął się w drugiej połowie lat 30., kiedy nie groził żaden biały terror. Wątpliwości budzi również to, czy przywódców bolszewickich (Lenina, Stalina, Trockiego i in.), popierających niezwykle krwawy terror, można uznać za światłych ludzi? Światli ludzie na ogół ginęli jako ofiary ich terroru.
Znamienne było wystąpienie J.W. Borejszy podczas konferencji historyków "Polska - Rosja 1939-1989 - trudne dziedzictwo" w ambasadzie RP w Moskwie w 2003 roku. Występując z tej okazji na łamach "Gazety Wyborczej" (3 listopada 2003 r.), prof. J.W. Borejsza uskarżał się: "Zarzucono (...) np. badania nad dziejami polskiego socjalizmu w szerokim tego słowa znaczeniu (od XIX wieku), nie mówiąc już o tym, że Polska jest bodaj jedynym krajem, który nie podjął dotychczas w archiwach Moskwy badań nad dziejami tysięcy swoich rodaków działających w Kominternie, wymordowanych podczas 'wielkiej czystki' przez Stalina, choć czynią to w odniesieniu do współobywateli historycy włoscy, francuscy, fińscy, węgierscy czy bułgarscy".
Trochę szokowało to ubolewanie nad zaniedbaniem w Polsce dziejów tysięcy naszych "rodaków działających w Kominternie". Syn targowiczanina i bratanek kata Polaków jakoś nie dostrzega, że "rodacy działający w Kominternie" byli po prostu zdrajcami Polski, podobnie jak jego ojciec i stryj. Stąd jakże trafne wydaje się stwierdzenie autora sygnowanego literami PS tekstu z "Naszej Polski" (nr z 11 listopada 2003 r.) pt. "'Bohaterowie' z Kominternu", polemizującego z cytowanymi wyżej uogólnieniami J.W. Borejszy: "Obaj antenaci profesora pierwotnie nosili nazwisko Goldberg i byli przedwojennymi działaczami KPP, czyli polskiej sekcji Kominternu. To prawda, że wielu ich rodaków i zarazem towarzyszy zginęło w wyniku 'wielkiej czystki' (Borejsza i Różański mieli niestety więcej szczęścia), ale dlaczego polscy historycy mają zajmować się losami tej grupki renegatów, podczas gdy tyle tematów dotyczących prawdziwej martyrologii narodu polskiego nie zostało dotąd należycie zbadanych? Kolejny raz okazuje się, że dla potomków żydokomuny ważne jest tylko to, co dotyczy ich zamkniętej kasty, a nie większości społeczeństwa, w którym przyszło im żyć".
Wybielający komunizm prof. J.W. Borejsza z tym większą werwą jest gotów do oskarżania innych o rzekome skłonności faszystowskie. Otóż właśnie on był autorem ekspertyzy na temat "WC Kwadransa" Wojciecha Cejrowskiego w procesie Cejrowskiego przeciwko Diatłowieckiemu w Warszawie w 1996 roku. Chodziło o nazwanie przez Diatłowieckiego programu Cejrowskiego "programem faszystowskim". "Ekspert" Borejsza w sposób skrajnie tendencyjny uznał, że "WC Kwadrans" mógł się kojarzyć z ideologią faszystowską (por. uwagi PP, Cejrowskiego wolno obrażać, "Życie" z 4 lutego 1999 r.). Piętnując Cejrowskiego, J.W. Borejsza napisał, iż Cejrowski: "Czyni z nich [homoseksualistów - JRN] bodaj główny obiekt swoich ataków. (...) Nie wiem, czy pan Cejrowski jest świadom, że Hitler, aby usprawiedliwić 'noc długich noży' (1934 r.) nakazał ex post prowadzenie oficjalnej propagandy przeciwko homoseksualistom i zsyłanie ich do obozów. (...) Owe natrętne ataki (...) mogą budzić skojarzenia z epoką nazistowską u ludzi starszych i znających historię" (cyt. za: M. Grochowska: Przeleciało, pohuczało, "Gazeta Wyborcza" z 6-7 lutego 1999 r.). Czyż tego typu dowodzenie nie było jaskrawym przykładem obłędnej wręcz stronniczości "historycznego eksperta" J.W. Borejszy? A jednak Sąd Wojewódzki w Warszawie zaakceptował tak naciągane wywody Borejszy, co posłużyło do przesądzenia całej sprawy na niekorzyść Cejrowskiego.
Inny przypadek skrajnej stronniczości prof. J.W. Borejszy opisywał Tomasz Kornaś w tekście "Antyfaszyści w walce", "Najwyższy Czas" z 16 grudnia 2000 roku. Według niego: "Ostatnio znów dali znać o sobie tzw. antyfaszyści. Zaproszeni do studia TVP na dyskusję próbowali siłą nie dopuścić do uczestnictwa w programie osób, które według nich były faszystami. Rozciągnęli czerwoną - a jakże - flagę i starali się storpedować program. Kiedy prowadzący program red. R. Czesarek wezwał straż przemysłową, aby wyprowadziła smarkaczy, zagroził opuszczeniem audycji - zaproszony w charakterze eksperta - prof. J. Borejsza z PAN. Owymi 'faszystami' okazali się członkowie Młodzieży Wszechpolskiej, organizacji o przedwojennym rodowodzie".
Profesor J.W. Borejsza niejednokrotnie dowiódł już, że podobnie jak Bourboni niczego się nie nauczył z ciemnej historii swojego ojca i stryja. W najlepsze wybiela komunizm i wyrokuje jako swoisty ekspert nie tylko historii, ale i etyki wobec inaczej myślących od niego. Szkoda, że przy takiej historii jego antenatów nie zdobył się na nieco więcej skromności.
Jakże żałosna była postawa zademonstrowana przez Jerzego Borejszę juniora w porównaniu z jednoznacznym patriotycznym podejściem ludzi z przeszłości, którzy całe życie starali się, by zrehabilitować nazwy swych rodów za ciężkie winy wobec Polski. Można tu przytoczyć wiele takich zachowań m.in. z rodu Radziwiłłów czy Branickich. Czy postać generała Adama Ponińskiego, który przez całe życie bez wytchnienia starał się zrobić wszystko dla choć częściowego wynagrodzenia Polsce szkód, jakie poczynił jego ojciec, główny zdrajca doby sejmu grodzieńskiego. Czy książę Józef Poniatowski, który tak usilnie starał się zetrzeć ciążące na jego rodzinie plamy zostawione przez stryja - targowiczanina króla Stanisława Augusta.
Warto przy okazji dodać, że Bronisław Geremek po zostaniu ministrem spraw zagranicznych wicedyrektorem swego sekretariatu uczynił żonę J.W. Borejszy - Marię de Rosset Borejszę. Przedtem przez lata pełniła ona funkcję jego osobistej sekretarki. Tak to wszystko wciąż się zamyka w kręgach tych samych rodzin czy klanów.
Prof. Jerzy Robert Nowak
06.06.2007r.
RYSZARD SCHNEPF ambasador Polski w USA synalek NKWDzisty i kanalia, Dorota Kania
Rok 1954. Pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Sowieckim i okupowanymi przez niego krajami trwa zimna wojna. W USA pracuje komisja śledcza pod przewodnictwem senatora Josepha Raymonda McCarthy’ego, która tropi sowieckie wpływy w amerykańskim establishmencie. Do pracy za ocean Moskwa kieruje najbardziej zaufanych ludzi. Jednym z nich jest Maksymilian Sznepf, żołnierz komunistycznej wojskowej bezpieki, czyli Zarządu II Sztabu Generalnego, który kilka lat wcześniej walczył z Żołnierzami Wyklętymi
Ryszard Schnepf od czterech lat jest ambasadorem Polski w Stanach Zjednoczonych. Blisko 60 lat wcześniej do służby dyplomatycznej w Waszyngtonie został skierowany przez GRU jego ojciec – Maksymilian Sznepf. Jako rezydent o pseudonimie „Czapla” oficjalnie miał pełnić obowiązki attaché wojskowego, morskiego i lotniczego przy ambasadzie PRL w Waszyngtonie. Rodzina obecnego ambasadora w USA zmieniła pisownię nazwiska – w metryce urodzenia figuruje on bowiem jako Ryszard Marian Sznepf, syn Maksymiliana i Alicji z domu Szczepaniak, pracownicy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.
Z Armii Czerwonej do wojskowej bezpieki
Maksymilian Sznepf urodził się w Drohobyczu, z którego wyjechał razem z matką w 1937 r. i zamieszkał w Łodzi. Do rodzinnego miasta wrócił tuż po wybuchu wojny w 1939 r. – jak sam napisał w życiorysie: „na tereny wyzwolone przez Armię Radziecką”. Maksymilian zaczął pracować jako pomocnik murarski, a we wrześniu 1940 r. na własną prośbę został powołany do Armii Czerwonej. Podczas walk na zachodnim froncie został ranny w nogę. Po wyleczeniu Maksymilian Sznepf ponownie trafił na front i znów został ranny.
W 1943 r. został powołany do 1. Dywizji im. Tadeusza Kościuszki. Jako dowódca najpierw drużyny, a następnie plutonu i kompanii przeszedł „cały szlak bojowy od Lenino do Berlina”.
Dzieci sowieckich kolaborantów w polskim MSZ
Dzieci sowieckich kolaborantów w polskim MSZ
Krzysztof Górecki
Kreowaniem obrazu Polski za granicą zajmują się często dzieci komunistów, potomkowie ludzi wywodzących się z najbardziej antypolskich struktur agenturalnych Moskwy.
Kreowanie jak najlepszego wizerunku własnego kraju za granicą to w dzisiejszym świecie rzecz niezwykle istotna. Dba o to każdy normalny kraj. Zajmują się tym m.in. ministerstwa spraw zagranicznych. Przemiany ustrojowe po 1989 r. dawały nadzieję, że MSZ III RP będzie dobrze służyć Polsce, dbać o jej wizerunek na zewnątrz. Tak się nie stało. Nie wypełnia swej roli, nie promuje interesów polskich. Katalog błędów, potknięć, ewidentnych głupstw popełnionych przez naszych dyplomatów i mężów stanu na użytek zagranicy zająłby kilka szpalt.
Zaliczyć do nich należy „występ” dyplomaty Kwaśniewskiego (konstytucyjnie prezydent jest „Pierwszym Dyplomatą”) w stanie upojenia alkoholowego nad mogiłami polskich oficerów zamordowanych przez NKWD w Charkowie; donosy Bartoszewskiego w Izraelu, gdzie wyzwał publicznie Polaków od „ciemniaków z prowincji, którzy dobrze pisać i czytać nie potrafią”. Elementarne zasady dyplomacji sprzeciwiają się temu, aby w obcym kraju krytykować naród, który się reprezentuje. Historia światowej dyplomacji nie zna przypadku, aby czynił to urzędujący minister. Nieudolnie i szkodliwie wypadła próba promocji RP przez Leszka Millera. Składając wizytę w Izraelu, złożył donos: Polska to dziwny kraj, gdzie antysemityzm bez Żydów (…) nacjonalistyczna prawica wsącza jad rasizmu i szowinizmu (…) ludzie zrównują swastykę z gwiazdą Dawida.
Wałęsa na spotkaniu z biznesmenami w Nowym Jorku rzekł natomiast: jedźcie do Polski zakładać biznesy, bo tylko na głupocie Polaków można zarobić pieniądze. Z kolei Geremek wobec zagranicznych dziennikarzy oświadczył: Polskie mleko jest brudne. Była to oryginalna strategia promowania polskiego eksportu i nigdy niespotykana sytuacja, aby minister lub nawet pośledniejszej rangi dyplomata wyrażał się źle na forum publicznym o produktach eksportowych swego kraju. Podczas spotkania na szczycie polsko-niemieckim w Krakowie tenże Geremek zacytował „Polenwitz” o polskich złodziejach samochodów. Nic też dziwnego, że konsulat generalny RFN w Opolu pozwolił sobie, jego wzorem, rozpisać konkurs na rysunek satyryczny pod hasłem „Czterej pancerni w kradzionym mercedesie”, a komisarz G. Verheugen – nazwać Polaków przy milczeniu naszych władz, pijakami, skrajnymi katolikami i szowinistami.
Także Cimoszewicz ma bardzo duże zasługi i doświadczenie w obsmarowywaniu Polski za granicą. Ukoronowaniem promocyjnych osiągnięć jego rządu i jego dyplomacji była organizacja obchodów 50. rocznicy tzw. pogromu kieleckiego. Na polu promocji był to klasyczny przykład strzelania do własnej bramki. W świetnie zsynchronizowany sposób stworzono kręgom antypolskim wymarzoną okazję i sposobność do oskarżeń wobec Polaków, wykazania, że jesteśmy najpaskudniejszym narodem na świecie. Rosati, przepraszając Żydów za „pogrom kielecki”, potwierdził wpajane światu przez pół wieku przez propagandę komunistyczną przeświadczenie o winie narodu polskiego.
O wielkości tego „sukcesu” promocyjnego naszej dyplomacji niech świadczą odgłosy prasy niemieckiej. Stawiając znak równości między zbrodniami niemieckimi „pogromem”, podkreślały masowy udział tłumu, okrucieństwo zachowania (…) w pogromie ginęli Żydzi, którzy uniknęli śmierci w hitlerowskich obozach zagłady (…) mniej istotne jest, kto za tym stał – ważniejszy jest fakt, że naród, który sam tyle wycierpiał, był zdolny do takiego okrucieństwa. Wspólnym mianownikiem publikacji było: o okrucieństwach popełnionych przez Niemców powiedziano już wszystko – teraz przyjrzyjmy się, jak podczas tej wojny i tuż po niej zachowywali się Polacy. Do świadomości Polaków dopiero zaczyna docierać fakt, iż nie są tylko narodem prześladowanym, lecz zarazem narodem prześladowców.
W starciu dwóch wizji Polski – dumnej i skarlałej, u Cimoszewicza niewątpliwie zwyciężyła ta druga. Świadczyć może o tym „incydent” na szczycie UE w 2003 r. Premier Miller na wózku inwalidzkim. Minister SZ w poważnym tonie mówi do niego: siedź na tym wózku cały czas. Budzisz współczucie. To bezcenny kapitał w negocjacjach. Niemniejsze zasługi w promowaniu Polski ma R. Sikorski. W Polsce ludzi myślących podobnie jak Breivik jest dużo. W Polsce też mamy środowiska, które uważają, że demokratycznie wybrany prezydent czy rząd to zdrajcy, którzy naprawdę nie reprezentują Polski i Polaków. To są bardzo niebezpieczne emocje i ich podsycanie może prowadzić do takich nieobliczalnych skutków (…) W Polsce nie brak ludzi myślących tak, jak Breivik. W 2012 roku wrócił do swoich słów z 2011 roku po aresztowaniu Brunona K. – Niestety, wykrakałem. Poprzez donos na Polaków, przyłączył się do licytacji lumpendyplomatów: kto kogo przebije w opluwaniu Polski.
18.12.09 odznaką honorową „Bene Merito” za działalność wzmacniającą pozycję naszego państwa na arenie międzynarodowej odznaczył wiceprezesa ukraińskiego IPN, a placówka ta właśnie rozpoczęła program ustanawiania rocznic zwycięstw UPA świętami narodowymi. Większość z nich to „zwycięstwa zbrojnej formacji OUN-UPA nad okupantem polskim”. Za promocję Polski wyróżnił także ministra kultury Litwy odznaczeniem „Zasłużony dla kultury polskiej”, mimo że ten popierał rugowanie języka polskiego z instytucji kulturalnych, cofnął finansowanie zespołu Wilia i wiele innych antypolskich poczynań. Doszło do tego, że „nasz” minister kazał przeprosić rząd litewski za zorganizowane dla młodzieży polskiej przez Stowarzyszenia Wspólnota Polska i IPN warsztaty historyczne o 17 września 1939 roku!
W akcji promowania Polski dokonania naszej dyplomacji są mało budujące. Widać w niej nie tylko horrendalny bezsens, ale celowe działania. MSZ przeznaczone na promocję znaczne kwoty wydaje przypadkowo, bardziej na zasadzie sprawienia przyjemności innym. I tu polska dyplomacja ma dużą wprawę w pilnowaniu cudzych interesów – i to nawet kosztem własnych. Najczęstszymi gośćmi imprez promocyjnych są Gołda Tencer oraz Michnik. Piszą więc „nasi” dyplomaci do Centrali, że w walce ze stereotypem Polaka antysemity organizują okolicznościową wystawę i chcą zaprosić Gołdę Tencer (honorarium 10 tys. zł dla niej i trzech klezmerów). Sikorski, gdy pracował w MSZ „pod Geremkiem”, w latach 1998-2001 także nadzorował departament zajmujący się promocją Polski w świecie. Wówczas w magazynie „Time” ukazała się wykupiona za 50 tys. USD płatna reklama. Były to dwa zdjęcia: dawnej siedziby KC PZPR z portretem Lenina i maklerów przy komputerach oraz podpis: Jedyna czerwień, jaką możecie znaleźć teraz w tym budynku, jest na szelkach maklerów. Giełda była wówczas kwitnącym forum spekulacyjnym, imperium byłych sekretarzy KC PZPR. Czerwieni w postaci uwłaszczonej nomenklatury było tam co niemiara (podobnie jak i w samym otoczeniu Sikorskiego).
Jak bida, to do pana Żyda
Jedwabne to największa „klęska” promocyjna III RP. Pierwsze państwo sprzeciwiające się Hitlerowi-żydobójcy, gdzie za udzielanie pomocy starozakonnym groziła śmierć, zostało oskarżone o zorganizowanie holocaustu. Od wielu już lat Polska i Polacy są obiektem wściekłej kampanii plugawienia inspirowanej przez międzynarodowe środowiska żydowskie i opanowane przez nie media, oskarżające Polaków o antysemityzm i współudział w zbrodniach hitlerowskich. Szczególnie obraźliwe są tu wybryki Żydów amerykańskich i kanadyjskich. Ambasady RP w Waszyngtonie i Ottawie nie zajmują żadnego stanowiska wobec tych wystąpień szkalujących wizerunek Polski za granicą. Nie domagają się przeprosin. Wprost przeciwnie, ambasada RP w Waszyngtonie robi darmową reklamę oszczerczej książce Grossa „Sąsiedzi” poprzez umieszczenie jej pełnego tekstu na swej stronie internetowej.
Odbywający się we Francji w maju 2004 r. Sezon Polski miał być okazją do szerszego zaprezentowania kultury naszego kraju. Tymczasem w jego ramach odbył się festiwal kultury żydowskiej oraz instalacja Zofii Lipeckiej „Pod Jedwabnem”. Na całe przedsięwzięcie przeznaczono z budżetowej kasy 18 mln zł (komisarzem sezonu była Anda Rottenberg). Z kolei organizacja „Otwarta Rzeczpospolita” – zbiegowisko pozujących na Europejczyków specjalistów od walki z polskim „szowinizmem i antysemityzmem”, których rodzice niegdyś z fanatyzmem działali na rzecz przyłączenia Polski do azjatyckiego ZSRR – składają donos do ambasady Holandii. Ona z kolei finansuje publikację „Mowa nienawiści”, brutalnie ingerując w wewnętrzne sprawy Polski, nawołując do represji karnych wobec opozycji politycznej. Rząd promuje za granicą książkę utwierdzającą stereotyp Polaków jako antysemitów i szmalcowników.
Cezary Gmyz napisał w „Rz” o tym, że MSZ zamiast zabiegać o jak najlepszy wizerunek Polski za granicą, nakazało naszym placówkom dyplomatycznym promowanie anglojęzycznej książki „Inferno of Choices”. Dominującym tematem opracowania jest antysemityzm Polaków, a bohaterami – szmalcownicy i Polacy szabrujący żydowskie majątki. W tym samym czasie głównym zajęciem Sikorskiego jest tropienie niepochlebnych komentarzy krajowych wielbicieli na swój temat (umieszczanych w Internecie) i wytaczanie procesów właścicielom forów, na których są one zamieszczane oraz promowanie własnej osoby, żony i jej książki kucharskiej.
Nieudolność w obronie polskiego interesu narodowego
Karygodna pasywność i obojętność wobec ofensywy antypolonizmu na świecie weszła na trwałe do kodeksu postępowania wysokich funkcjonariuszy MSZ zajmujących się kreowaniem obrazu Polski za granicą. Czego zresztą można od nich oczekiwać. Robią to często dzieci komunistów z fanatyzmem stalinizujących Polskę po 1944 r., potomkowie ludzi wywodzących się z najbardziej antypolskich struktur agenturalnych Moskwy, najaktywniejsi w oczernianiu Polski na emigracji po marcu 1968 r. postkomuniści z kosmopolitycznego skrzydła SLD, rywalizujący o „europejskość” z ludźmi korporacji Geremka.
Przypatrzmy się bliżej ludziom zajmującym się w MSZ promocją naszego kraju za granicą. Po 1989 r. powołanym do tego celu departamentem (niegdyś zwanym Departamentem Promocji i Informacji, dziś Departamentem Dyplomacji Publicznej i Kulturalnej) kierował Stefan Meller. Po nim pałeczkę przejęła Maja Lavergne (nazwisk używała wiele: Lavergne-Reubel-Filhoud-Grosz-Medres; dla celów tej publikacji wzięliśmy pierwsze z brzegu) – córka pierwszego szefa Zarządu Politycznego LWP gen. Wiktora Grosza, vel Izaaka Medresa, najgorliwszego kolaboranta sowietów, który odegrał wyjątkowo brudną rolę w walce z wartościami narodowymi i katolickimi (jego propagandowe „hity” to: powstanie warszawskie największa zbrodnia sanacyjnej kliki, karły reakcji), w latach pięćdziesiątych był w MSZ dyrektorem Departamentu Prasy i Informacji. W październiku 1944 r. Grosz podpisał tajną instrukcję dot. nowej zasady polityki propagandowej, w której można było przeczytać: Mamy liczne dowody zbieżności haseł głoszonych przez AK i propagandę Goebbelsa, mamy liczne dowody współdziałania AK-NSZ z Gestapo. Każdy pracownik pol.-wych. musi pojąć, że dzisiaj nie ma miejsca na żadne kompromisy z AK w wojsku.
Czytając „GW” w kontekście Marszu Niepodległości, można stwierdzić, że instrukcja ta ciągle obowiązuje. Piotr Szymanowski po zatrudnieniu się w MSZ w 1990 r. (później konsul generalny w Strasburgu i ambasador w Maroku), gdy „wypomniano” mu jego ojca KPP-owca, w latach sześćdziesiątych dyrektora departamentu informacji w MSZ, stwierdził: przecież w 1968 r. mówiliśmy wam, że wrócimy!
Następcą Szymańskiego był Tadeusz Sznurkowski (vel Schneiderman). Do Polski przybył w 1944 r. z armią sowiecką, obywatelstwo polskie nabył w latach 50., funkcjonariusz MSW i dyrektor departamentu prasy w MSZ (teść Janusza Reitera). Kolejny kauzyperda Sikorskiego – Jarosław Perlin (ambasador w Kostaryce i Wenezueli, jeden z „pogromców” Jana Kobylańskiego) to syn KPP-owca płk. Oskara Perlina, byłego politruka w międzynarodowych brygadach w Hiszpanii. Po rozwiązaniu KPP uchwałą Międzynarodówki Komunistycznej funkcjonariusze aparatu partyjnego przerzuceni zostali za granicę. Ich najważniejszym skupiskiem stała się Francja. Jedną z poważnych akcji, prowadzoną tam przez komunistów z Polski (w tym ojca Mellera, Borejszy, Woroszylskiej, Szymanowskiego i Perlina) pod nadzorem agentury sowieckiej, był przerzut materiałów propagandowych i akcje dążące do skompromitowania w oczach Francuzów środowisk polonijnych, m.in. poprzez zarzucanie im związków z „reakcyjnym antysemickim podziemiem” w kraju. (W imieniu ZSRR jednym z szefów propagandowej sieci kominternowskiej był, pożal się Boże, poeta sowiecki Ilja Erenburg).
Po zawarciu paktu Ribbentrop-Mołotow komuniści z Polski głównego europejskiego wroga widzieli nie w III Rzeszy, lecz w broniącej się przed nią Polsce. Zgodnie z wytycznymi Kominternu – paraliżowali wysiłek wojenny Francji m.in. poprzez podsycanie nastrojów pacyfistycznych, nakłanianie do dezercji. Opowiadanie się po stronie najeźdźcy własnego kraju było dla nich chlebem powszednim. Działania propagandowe, obok szpiegostwa na rzecz Moskwy, stanowiły stały element ich działania. Z sowieckiego punktu widzenia byli wprost bezcenni przy obsadzaniu różnych ogniw frontu propagandowego. Nieskażeni patriotyzmem gwarantowali brak jakichkolwiek skrupułów w sprawach narodowych, brak skłonności do polskich „dewiacji nacjonalistycznych i antyrosyjskich przesądów”, gotowość do wykonywania wszelkich rozkazów. Pod tym względem Sowieci się nie zawiedli. Gorliwość kolaborantów była wielka.
Ciekawym przykładem takiego działacza KPP był ojciec ministra Stefana Mellera. Partyjny „funk” w II RP. Absolwent kursu dla kadr dowódczych przy sztabie Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej, funkcjonariusz GPU-NKWD, agenturalny bojowiec komunistyczny we Francji, po powrocie do Polski robi oszałamiającą karierę w wojsku, bezpieczeństwie i… w dyplomacji. Ich kariery powielali synowie. Młody Meller, jak kurier Kominternu, podpisał się wraz z innymi byłymi ministrami SZ pod haniebnym listem-donosem opublikowanym za granicą z zajadłością atakującym rząd PiS w sposób graniczący ze zdradą stanu. Zresztą w tradycji formacji Mellera było donoszenie w Moskwie lub w ambasadzie sowieckiej przy Belwederskiej na polskich „nacjonalistów”.
Tradycję KPP donoszenia na Polaków i oskarżania każdego niewygodnego oponenta politycznego o faszyzm, antysemityzm i ksenofobię kultywuje SLD. W kontekście Marszu Niepodległości Leszek Miller, który coraz częściej utożsamia się ze środowiskami antypolskimi i chętnie w przedsięwzięciach antypolskich uczestniczy, zwrócił się do premiera o „lustrację środowisk faszyzujących”. Jest też inny powód takich zachowań. Zakompleksione wobec zagranicy, kosmopolityczne skrzydło SLD stara się kokietować Waszyngton poprzez przypodobanie się kręgom żydowskim.
Pod nadzorem lumpendyplomatów
Do promocji naszego kraju w świecie powołane zostały podległe MSZ instytuty polskie. Funkcję dyrektora takiego instytutu w Paryżu (Stacji Naukowej PAN) objął w 1990 r. Jerzy Borejsza, alias Goldberg, bratanek płk. Różańskiego ze zbrodniczego MBP. Natalia Woroszylska kierowała Instytutem Polskim w Moskwie. Jej ojciec Wiktor Woroszylski – kolaborant działający po 17 września 1939 r. w okupowanym przez Sowietów Lwowie – agitował w „Czerwonym Sztandarze” za przyłączeniem tego miasta do ZSRR. W Sztokholmie promocją Polski zajmował się Aleksander Gleichgewicht. Jak sam o sobie mówił – syn Żydówki z Rosji i Żyda z Polski, mąż piosenkarki z Norwegii śpiewającej w jidysz, mającej w rodzinie przodków rabinów i ojca chasyda z Siedmiogrodu.
Projekt promocyjny „Inferno of Choices” przygotowała pracownica MSZ Elżbieta Frister, była dyrektor Instytutu Polskiego w Tel Awiwie, obywatelka Izraela, a projekt nadzorował dyrektor departamentu Jacek Multanowski. Antypolską obsesję tego ostatniego tłumaczyć tylko może „traumatyczne” przeżycie z dzieciństwa – na placówce w Ałmacie w stanie zamroczenia alkoholowego (a był w nim często) wykrzykiwał: w 1968 r. miałem 5 lat. Dzieci krzyczały na mnie „żydek”. Ja tego Polakom nie daruję.
I tu Sikorski nie zwrócił uwagi, że podlegający mu urzędnicy państwowi uprawiają antypolską propagandę, sprzeczną z interesami Polski, a nawet jawnie jej wrogą. W tym samym czasie angażował jednak cały personel Ministerstwa dla promocji własnej osoby, a na Twitterze – własnej żony i jej książki kucharskiej. Nie poznamy tam jednak stanowiska Sikorskiego na temat nierozwiązanego problemu blokady toru podejścia do portu w Świnoujściu, sytuacji polskiej mniejszości w Niemczech czy wraka tupolewa w Smoleńsku. Można by rzec, parafrazując wypowiedź Urbana z czasów stanu wojennego: „rząd sam się wypromuje”.
Dyplomacja publiczna w wykonaniu Sikorskiego przybiera coraz częściej groteskową formę. Jako swój największy sukces wymienia zainstalowanie kanału telewizyjnego TVN w hotelu. Z wywiadu dla „Der Spiegel” zagranica dowiaduje się, że dzielny wojak Szwejk spraw zagranicznych nie boi się terroryzmu, niemieckich czołgów ani rosyjskich rakiet (i dlatego nasze interesy oddaje w pacht Niemcom). Jego postępki w tej sferze ilustrują
kondycję państwa, a nawet jego powolny demontaż. Ich sekwencja coraz bardziej nie wydaje się przypadkowa. Z jednej strony powstrzymuje się od działań, gdy naruszany jest wizerunek Polski, z drugiej – dochodzi do wypowiedzi i działań kompromitujących Polskę i pogarszających jej pozycję wobec coraz silniejszych roszczeń ze strony środowisk żydowskich.
Autor jest pracownikiem MSZ, publikuje pod pseudonimem
Za: www.warszawskagazeta.pl/…/1371-dzieci-sow…