Maria Valtorta 23.
Napisane 24 kwietnia 1947 r. A, 12249-12278
Na wschodzie zaczyna ledwie różowieć jutrzenka. Jezus przechadza się z Matką
po stokach Getsemani. Nie ma słów – jedynie spojrzenia niewypowiedzianej
miłości. Może słowa zostały już wypowiedziane? Może nigdy nie były
wypowiedziane? Rozmawiały dwie dusze: dusza Chrystusa i dusza Matki
Chrystusa. Teraz jest to miłosna kontemplacja, wzajemna kontemplacja. Zna ją
zroszona przyroda, czyste światło poranka; znają ją miłe stworzenia Boże, takie
jak trawa, kwiaty, ptaki i motyle. Ludzie są nieobecni.
Nie czuję się swobodnie, uczestnicząc w tym pożegnaniu. «Panie, nie jestem
tego godna!» – to mój okrzyk wśród łez, które wylewam, gdy podziwiam
ostatnią godzinę ziemskiego zjednoczenia Matki z Synem. Myślę, że doszliśmy
do kresu miłosnego znoju tak Jezusa, jak i Maryi, i biednego, małego,
niegodnego dziecka, które Jezus zechciał mieć za świadka całego czasu
152
mesjańskiego. Nazywa się ono Maria, lecz Jezus lubił nazywać ją «małym
Janem» a także «fiołkiem od Krzyża». Tak. Mały Jan. Mały, gdyż jestem niczym.
Jan, bo jestem tą, której Bóg dał naprawdę wiele łask. Poza tym w wymiarze
nieskończenie małym, najdrobniejszym, oddałam całą miłość Jezusowi i Maryi,
dzieląc ich łzy i uśmiechy, tak jak umiłowany wielki Jan. [Choć dałam mało], to
jednak – wszystko, co posiadam. A to, co posiadam, umiem oddać Jezusowi w
mierze doskonałej, która Go zadowala, bo to jest «wszystko» mojej nicości.
Idąc za Nimi, smuciłam się. Widziałam bowiem Ich smutki, jednak nie mogłam
bronić Ich przed nienawiścią świata, za cenę mojego własnego życia... Teraz
drżę wobec bicia Ich serc przed tym, co kończy się na zawsze...
Fiołek, tak. Fiołek, który starał się trwać ukryty w trawie, żeby Jezus go nie
ominął. Ten, który kochał wszystkie rzeczy stworzone – bo są dziełem Ojca –
przygniótł mnie Swą Boską stopą, żebym mogła umrzeć, wydając delikatną woń
w wysiłku złagodzenia Mu kontaktu z surową i twardą ziemią. Fiołek od Krzyża,
tak. Jego Krew napełniła mój kielich tak, że pochylił się do samej ziemi... Och!
Mój Umiłowany, który najpierw napełniłeś mnie Twoją Krwią, gdy kazałeś mi
wpatrywać się w Twoje stopy, poranione, przybite do drzewa.
„...A u stóp Krzyża był mały kwitnący fiołek i Boska Krew padała kropla po
kropli na kwitnący kwiat”. To wspomnienie odległe, a zawsze tak bliskie i tak
obecne! Było przygotowaniem do tego, czym miałam być potem: przekazicielką
Twego słowa. Najpierw byłam skropiona Twoją Krwią, potem i łzami: łzami
Maryi, Twej Matki. Jednak znam także Twoje słowa i uśmiechy. [Znam]
wszystko: wszystko, co Twoje. I wydaję już nie fiołkowy zapach, ale woń Ciebie
samego, moja jedyna i wyłączna Miłości. [Wydaję] tę Boską woń, która koiła
wczoraj moją boleść. Teraz zaś przychodzi do mnie słodka jak pocałunek,
pocieszająca jak samo Niebo i każe mi zapomnieć o wszystkim, by żyć tylko
Tobą...
Mam w sobie Twoją obietnicę. Wiem, że Cię nie utracę. Przyrzekłeś mi to i
Twoja obietnica jest szczera: jest od Boga. Będę Ciebie jeszcze posiadać,
zawsze. Jedynie wtedy gdy zgrzeszyłabym pychą, kłamstwem albo
nieposłuszeństwem, utraciłabym Ciebie – powiedziałeś to. Jednak wiesz, że z
Twoją Łaską podtrzymującą moją wolę, nie chcę grzeszyć i mam nadzieję nie
grzeszyć, bo mnie wspierasz. Nie jestem dębem, wiem. Jestem fiołkiem. Jestem
delikatną łodyżką, która może ugiąć się pod nóżką małego ptaka, a nawet pod
ciężarem chrabąszcza. Ty jednak jesteś moją siłą, o Panie, a moja miłość do
Ciebie dodaje mi skrzydeł.
Nie utracę Ciebie. To mi obiecałeś. Przyjdziesz cały dla mnie dać radość Twemu
umierającemu fiołkowi. Nie jestem egoistką, Panie. Wiesz o tym. Wiesz, że
wolałabym Ciebie już nie zobaczyć, aby tylko wielu innych ujrzało Cię i
uwierzyło w Ciebie. Mnie dałeś już tak wiele, a nie jestem tego godna.
Naprawdę umiłowałeś mnie tak, jak tylko Ty umiesz miłować Swe ukochane
dzieci.
Myślę, jak słodko było widzieć Ciebie «żyjącego». Człowieka wśród ludzi. I
myślę o tym, że już nigdy nie zobaczę Cię w taki sposób. Wszystko zostało
ukazane i powiedziane.
Wiem też, że nie wymażesz z mojej pamięci Twych działań, których dokonałeś
jako Człowiek wśród ludzi. Nie będę potrzebowała książek, żeby przypomnieć
sobie Ciebie takim, jakim byłeś naprawdę. Wystarczy mi spojrzeć w moje
wnętrze: tam całe Twe życie jest zapisane niezatartymi literami.
Ale to było miłe, miłe... Teraz wstępujesz [do Nieba]... Ziemia Cię traci. Maria od
Krzyża traci Ciebie, Nauczycielu-Zbawicielu. Pozostaniesz dla niej najsłodszym
153
Bogiem, a do fiołkowego kielicha Twego fiołka wlejesz już nie Krew, ale
niebiański miód... Płaczę... Byłam Twoją uczennicą wraz z innymi. Byłam nią na
górskich zalesionych drogach i na suchych zakurzonych równinach; na jeziorze i
nad piękną rzeką Twej Ojczyzny. Teraz stąd odchodzisz. Nie zobaczę Cię już
inaczej, jak tylko we wspomnieniu Betlejem i Nazaretu, na wzgórzach zielonych
od oliwek; w spalonym słońcem Jerychu, szumiącym palmami; w przyjaznej
Betanii; w Engaddi, tej perle na pustyni; w pięknej Samarii; na żyznej równinie
Szaron i Ezdrelon; na dziwnym płaskowyżu za Jordanem; w koszmarze Morza
Martwego; w słonecznych miastach wybrzeża śródziemnomorskiego; w
Jerozolimie, mieście Twojej boleści, wśród jej wzniesień i spadów, archiwolt,
placów, przedmieść, studni i zbiorników; na pagórkach, a nawet w smutnej
dolinie trędowatych, gdzie rozlało się tak wiele Twego miłosierdzia... i w domu
Wieczernika... i koło źródła, które wypływa w pobliżu... albo przy mostku na
Cedronie i w miejscu, gdzieś pocił się krwią... i na dziedzińcu Pretorium... Ach
nie! To miejsce Twojej boleści. Takim pozostanie na zawsze... Wszystkich
wspomnień będę musiała szukać, żeby je odnaleźć, ale Twoja modlitwa w
Getsemani, Twoje biczowanie, Twe wstępowanie na Golgotę, agonia i śmierć,
boleść Twej Matki... Nie, nie muszę ich szukać, one są zawsze obecne. Może
zapomnę o nich w Raju... a wydaje mi się czymś niemożliwym, żebym mogła
nawet tam o nich zapomnieć... Każde wspomnienie tych straszliwych godzin,
nawet kształt kamienia, na który upadłeś, nawet pączek róży uderzający o
zamknięcie Twego Grobu niby spadające krople krwi... Moja po stokroć Boska
Miłości, Twoja Męka żyje w mojej myśli... i rozdziera mi serce...
Jutrzenka wzeszła już całkowicie. Słońce jest już wysoko i słychać głosy
apostołów. To znak dla Jezusa i Maryi. Zatrzymują się. Patrzą na Siebie. [Stoją]
naprzeciw Siebie. Jezus otwiera ramiona i tuli Matkę do Swej piersi... O,
naprawdę był Człowiekiem, Synem Niewiasty! Aby w to uwierzyć, wystarczy
spojrzeć na to pożegnanie! Miłość wylewa się ulewą pocałunków na umiłowaną
Matkę. Miłość okrywa pocałunkami umiłowanego Syna. Zdaje się, że nie mogą
się rozstać. Kiedy wydaje się, że już to uczynią, znowu łączy ich nowe objęcie, a
wśród pocałunków [padają] słowa wzajemnego błogosławieństwa... O, to
prawdziwy Syn Człowieczy opuszczający Tę, która Go zrodziła! To naprawdę
Matka, która żegna Swe Dziecko, żeby zwrócić Ojcu Jego Syna: Dowód Miłości
do Najczystszej... Bóg całujący Matkę Boga!...
Na koniec Niewiasta, [która wie, że jest] Stworzeniem, klęka u stóp Swego
Boga będącego Jej Synem. Syn zaś, który jest Bogiem, kładzie ręce na głowie
Swej Matki-Dziewicy, umiłowanej od całej wieczności, i błogosławi Ją w Imię
Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Potem pochyla się i podnosi Ją. Składa ostatni
pocałunek na Jej czole, białym jak płatek lilii, pod złotem tak młodzieńczych
jeszcze włosów...
Idą znów w stronę domu. Nikt, widząc z jakim spokojem kroczą Jedno obok
Drugiego, nie domyśliłby się tej fali miłości, która przed chwilą Ich ogarnęła. Ale
jakże wielka jest różnica między tym [obecnym] pożegnaniem a smutkiem
innych pożegnań, już minionych.... [Nie jest to] rozdarcie rozstania Matki z Jej
zabitym Synem, którego musiała pozostawić samego w Grobie!...
W tym [pożegnaniu] oczy błyszczą wprawdzie od zrozumiałych łez Tej, która
właśnie ma się odłączyć od Umiłowanego, jednak wargi śmieją się z radości
wiedząc, że Umiłowany idzie do Swojej siedziby, godnej Jego Chwały...
«Panie! – mówi Piotr – Wszyscy, o których powiedziałeś Swojej Matce, że
chciałbyś ich dzisiaj pobłogosławić, są tam na zewnątrz, między górą a
Betanią...»
154
«Dobrze. Pójdziemy teraz do nich. Ale przyjdźcie tu najpierw. Chcę jeszcze
podzielić się z wami chlebem.»
Wchodzą do izby, w której przed dziesięcioma dniami niewiasty znajdowały się
na wieczerzy, czternastego dnia drugiego miesiąca. Maryja, która towarzyszyła
Jezusowi, odchodzi. Jezus zostaje z jedenastoma [apostołami].
Na stole jest pieczone mięso, małe sery, małe czarne oliwki, niewielka amfora z
winem oraz większa – z wodą, a także szerokie chleby. To prosty stół. Nie został
on przygotowany na wystawną ucztę, lecz na spożycie koniecznego posiłku.
Jezus ofiarowuje [jedzenie] i dzieli je na części. Znajduje się pośrodku, między
Piotrem a Jakubem, synem Alfeusza. On sam ich przywołał na te miejsca.
Naprzeciw Jezusa jest Jan, Juda, syn Alfeusza, i Jakub. [Obok Niego] z jednej
strony znajduje się Tomasz, Filip i Mateusz, a z drugiej – Andrzej, Bartłomiej i
Zelota. Wszyscy mogą widzieć swego Jezusa... Posiłek jest krótki, milczący.
Nadszedł ostatni dzień przebywania z Jezusem. Apostołowie, mimo tylu
objawień od chwili zmartwychwstania – wspólnych lub osobistych, w których
On był samą miłością – nie utracili pełnej czci powściągliwości,
charakteryzującej ich spotkania z Jezusem Zmartwychwstałym.
Posiłek skończył się. Jezus rozchyla ręce ponad stołem i wykonuje zwykły gest,
oznaczający jakiś nieunikniony fakt, i mówi:
«Oto nadeszła godzina. Muszę was opuścić, żeby powrócić do Mojego Ojca.
Posłuchajcie ostatnich słów waszego Nauczyciela.
[por. Łk 24,49] Nie odchodźcie w tych dniach z Jerozolimy. Łazarz, z którym
rozmawiałem, raz jeszcze zadbał o spełnienie życzeń swego Nauczyciela i
udostępnia wam dom ostatniej Wieczerzy, abyście mieli mieszkanie, w którym
będziecie się mogli gromadzić i skupiać na modlitwie. Pozostańcie tam w tych
dniach i módlcie się nieustannie, ażeby się przygotować na przyjście Ducha
Świętego. On to dopełni [waszej formacji, koniecznej] do waszej misji.
Pamiętajcie o tym, że Ja, choć jestem Bogiem, przygotowywałem się do Mojej
służby Ewangelizatora przez surową pokutę. Wasze przygotowanie będzie
łatwiejsze i krótsze. Wystarczy Mi to, że będziecie się usilnie modlić w jedności
z siedemdziesięcioma dwoma [uczniami] i pod przewodnictwem Mojej Matki,
którą wam powierzam z serdeczną troską Syna. Ona będzie dla was Matką i
Nauczycielką miłości oraz doskonałej mądrości. Nie wymagam od was niczego
innego. Mógłbym was posłać gdzie indziej, abyście się przygotowali na przyjęcie
Ducha Świętego, jednak chcę, żebyście tu pozostali. To właśnie odrzucająca
Jerozolima powinna zdumieć się trwaniem Boskich cudów, dawanych w
odpowiedzi na jej zaprzeczenia.
Potem Duch Święty pomoże wam zrozumieć, dlaczego jest konieczne, żeby
Kościół powstał w mieście, które – sądząc po ludzku – jest najmniej godne
posiadania go. Ale Jerozolima jest zawsze Jerozolimą, chociaż grzech ją
wypełnia i choć to tutaj popełniono bogobójstwo. Nic jej jednak nie uratuje. Jest
skazana. Chociaż jest skazana, to jednak nie są skazani wszyscy jej mieszkańcy.
Pozostańcie więc tu dla tych nielicznych sprawiedliwych, których posiada ona w
swoim łonie. Zostańcie tutaj. Jest to bowiem miasto królewskie, miasto
Świątyni i, jak to przepowiedzieli prorocy, tutaj – gdzie został namaszczony,
obwołany, wyniesiony Król-Mesjasz – ma się rozpocząć Jego panowanie nad
światem. To właśnie tu, gdzie synagoga otrzymała od Boga list rozwodowy za
swe straszliwe zbrodnie, powinna wyłonić się nowa Świątynia, do której
napłyną ludzie z wszystkich narodów. Czytajcie Proroków, gdyż u nich wszystko
jest powiedziane. Najpierw Moja Matka, a potem Duch-Pocieszyciel sprawi, że
zrozumiecie słowa Proroków, [odnoszące się do] tego czasu. Zostańcie tu do
155
chwili, aż Jerozolima was odtrąci, jak Mnie odtrąciła, i znienawidzi Mój Kościół,
jak Mnie znienawidziła, i zrodzi plany jego zagłady. Dopiero wtedy przeniesiecie
gdzie indziej siedzibę umiłowanego Kościoła. On bowiem nie może zginąć.
Powiadam wam, że nawet piekło go nie zwycięży. Ale chociaż Bóg zapewnia
wam Swą opiekę, nie kuście Nieba, wymagając od Niego wszystkiego.
Idźcie do Efraim, jak poszedł tam wasz Nauczyciel, gdyż wtedy nie nadeszła
jeszcze pora ujęcia Go przez nieprzyjaciół. Mówię: Efraim, chcąc powiedzieć:
ziemia bożków i pogan. To jednak nie palestyńskie Efraim macie wybrać na
stolicę Mojego Kościoła. Przypomnijcie sobie, ile razy mówiłem o tym do
wszystkich razem lub pojedynczo do niektórych z was. Zapowiadałem wam, że
będziecie musieli przemierzać wszystkie drogi ziemi, by dotrzeć do jej serca i
utwierdzić tam Mój Kościół. Z serca bowiem człowieka krew rozchodzi się po
wszystkich członkach. Tak też z serca świata chrześcijaństwo ma się rozszerzyć
po całej ziemi.
Obecnie Mój Kościół podobny jest do istoty już poczętej, ale kształtującej się
jeszcze w łonie [matki]. Jerozolima jest jego łonem. W jej wnętrzu niewielkie
jeszcze serce – wokół którego gromadzą się nieliczni jeszcze członkowie
rodzącego się Kościoła – przekazuje swe małe fale krwi swoim członkom. Gdy
zaś nadejdzie wyznaczona przez Boga godzina, macosze łono odrzuci
uformowaną w jej wnętrzu istotę. Pójdzie więc ona do nowej ziemi. Tam będzie
rosła, żeby się stać wielkim Ciałem, które się rozszerzy na całą ziemię. Wtedy
uderzenia silnego serca Kościoła rozejdą się po jego całym wielkim Ciele. Będą
to uderzenia serca Kościoła wyzwolonego z wszystkich więzów ze Świątynią,
wiecznego i zwycięskiego. [Stanie on] na ruinach Świątyni umarłej i
zniszczonej. [Kościół ten] będzie żył w sercu świata, aby powiedzieć
Hebrajczykom i poganom, że tylko Bóg zwycięża i realizuje to, czego chce, i że
ani zawiść ludzka, ani zastępy bożków nie uniemożliwią [spełnienia się] Jego
woli.
Jednak to przyjdzie później. Będziecie wtedy wiedzieć, co należy czynić. Duch
Boży was poprowadzi. Nie lękajcie się.
Na razie zwołajcie w Jerozolimie pierwsze zgromadzenie wiernych. Potem, w
miarę powiększania się ich liczby, uformują się inne wspólnoty. Zaprawdę,
powiadam wam, że mieszkańcy Mego Królestwa szybko staną się liczniejsi od
zasiewu rzuconego w najżyźniejszą glebę. Mój lud rozszerzy się po całej ziemi.
Pan rzekł do Pana: „Ponieważ to uczyniłeś i dla Mnie nie oszczędziłeś siebie, Ja
Cię pobłogosławię i rozmnożę twoje potomstwo jak gwiazdy na niebie i jak
ziarna piasku na brzegu morza. Twoje potomstwo zawładnie bramą swoich
nieprzyjaciół i w twym potomstwie błogosławione będą wszystkie narody
ziemi”. Błogosławieństwem jest Moje Imię, Mój Znak i Moje Prawo – tam, gdzie
uznaje się ich panowanie.
Niebawem przyjdzie Duch Święty, Uświęciciel, i zostaniecie Nim napełnieni.
Postępujcie tak, żebyście byli czyści jak wszystko, co ma się zbliżyć do Boga. Ja
także jestem Panem, tak samo jak On. Jednak na Moje Bóstwo nałożyłem szatę
[ludzkiej natury], aby móc przebywać wśród was. [Założyłem ją] nie tylko po
to, żeby was nauczać i odkupić was członkami i krwią tej szaty. [Uczyniłem] to
także po to, żeby wnieść Świętego Świętych między ludzi i żeby nie było nic
niestosownego w tym, iż każdy człowiek, nawet nieczysty, spojrzy na Tego,
którego lękają się oglądać Serafini.
Duch Święty nie przyjdzie pod osłoną ciała. On zstąpi na was i spocznie w was z
siedmioma darami, i będzie wam doradzał. Rada Boga jest czymś tak
wzniosłym, że musicie się przygotować na [otrzymanie] jej przez heroiczne
156
pragnienie doskonałości, która uczyni was podobnymi do waszego Ojca i do
waszego Jezusa. Uczyni was podobnymi do waszego Jezusa w Jego odniesieniu
do Ojca i do Ducha Świętego. Musicie więc mieć miłość doskonałą i doskonałą
czystość, żeby móc zrozumieć Miłość i przyjąć ją na tron serca.
Zatraćcie się w otchłani kontemplacji. Próbujcie zapomnieć, że jesteście ludźmi,
i troszczcie się o to, żeby się zamienić w serafinów. Rzućcie się w żar, w
płomienie rozmyślania. Kontemplacja Boga podobna jest do iskry, która
przeskakuje przy uderzeniu krzemienia o krzesiwo i wzbudza ogień i światło.
Ogień oczyszcza, pochłania nieprzejrzystą i zawsze zabrudzoną materię,
przekształca ją w świetlisty i czysty płomień.
Nie będziecie mieć Królestwa Bożego w sobie, jeśli nie będzie w was miłości.
Królestwo Boże bowiem jest Miłością i wraz z Miłością się pojawia. Przez Miłość
powstaje ono w waszych sercach, pośród blasku niezmiernego światła.
Światłość ta przenika serca i użyźnia je, usuwa niewiedzę, daje mądrość. Spala
człowieka, a stwarza boga – syna Bożego, Mojego brata, króla [mającego
zasiąść na] tronie przygotowanym przez Boga tym, którzy oddają się Bogu, żeby
mieć Boga, Boga, Boga, tylko Boga. Bądźcie więc czyści i święci dzięki żarliwej
modlitwie. Ona to uświęca człowieka, gdyż zanurza go w ogniu Boga, który jest
miłością.
Musicie być święci. Nie w znaczeniu względnym, jakie to słowo miało dotąd, ale
w sensie bezwzględnym, który Ja mu nadałem, ukazując wam jako wzór i
granicę Świętość Pana, czyli Świętość doskonałą.
Świątynię nazywamy świętą. Jako święte określamy miejsce, gdzie znajduje się
ołtarz. Święte Świętych to zasłonięte miejsce, gdzie znajduje się Arka i
Przebłagalnia. Jednak zaprawdę, powiadam wam, że posiadający Łaskę i żyjący
w świętości ze względu na miłość do Pana są bardziej święci niż Święte
Świętych. Bóg bowiem nie tylko spoczywa na nich – jak na Przebłagalni, która
jest w Świątyni – by wydawać Swe polecenia, ale mieszka w nich, okazując im
Swoją miłość na różne sposoby.
Czy pamiętacie Moje słowa z Ostatniej Wieczerzy? Obiecałem wam wtedy Ducha
Świętego. Oto niebawem przyjdzie, żeby was ochrzcić nie wodą, jak to czynił
wam Jan, przygotowując was dla Mnie, ale – ogniem, żeby was przygotować do
służenia Panu tak, jak On tego od was pragnie. Ten Duch przyjdzie tu za
niewiele dni. Od chwili Jego przyjścia wasze uzdolnienia wzrosną bezmiernie.
Staniecie się zdolni pojąć słowa waszego Króla i czynić dzieła, które On polecił
wam wykonywać dla rozszerzania Jego Królestwa na ziemi.»
«Czy wtedy, po przyjściu Ducha Świętego, odbudujesz Królestwo Izraela?» –
pytają, przerywając Mu.
«Nie będzie już Królestwa Izraela, lecz Moje Królestwo. Stanie się to w czasie
przewidzianym przez Ojca. Nie do was należy poznanie tych czasów i chwil,
które Ojciec sobie zachował Swą władzą. Wy zaś w międzyczasie otrzymacie
moc Ducha Świętego. On zstąpi na was i będziecie Moimi świadkami w
Jerozolimie, w Judei, w Samarii i aż po krańce ziemi. Będziecie zakładać
wspólnoty tam, gdzie ludzie zbierają się w Imię Moje. Będziecie chrzcić ludzi w
Imię Najświętszego Ojca, Syna i Ducha Świętego, tak jak wam powiedziałem,
aby mieli Łaskę i żyli w Panu. Będziecie głosić Ewangelię wszelkiemu
stworzeniu, nauczając tego, czego Ja was nauczałem, i czyniąc to, co Ja
nakazywałem wam czynić. A Ja będę z wami po wszystkie dni aż do skończenia
świata [por. Mt 28, 19-20, Mk 16,15]. Chcę jeszcze i tego, aby zgromadzeniu w
Jerozolimie przewodniczył Jakub, Mój [stryjeczny] brat.
157
Piotr, jako głowa całego Kościoła, będzie musiał podejmować częste podróże
apostolskie. Wszyscy bowiem nowi wierzący zapragną poznać Arcykapłana,
Najwyższego Przywódcę Kościoła. Wpływ, jaki będzie miał Mój brat na wiernych
tego pierwszego Kościoła, będzie wielki. Ludzie są zawsze ludźmi i widzą po
ludzku. Będzie im się zdawało, że Jakub jest [jakby przedłużeniem] Mnie
samego przez to, że jest Moim bratem. Jednak zaprawdę, powiadam wam:
bardziej jest on podobny do Chrystusa przez swą mądrość niż przez
pokrewieństwo. Ale tak [się ocenia po ludzku]. Ludzie, którzy Mnie nie szukali,
kiedy byłem między nimi, będą Mnie teraz szukać w nim – Moim krewnym. Ty,
Szymonie Piotrze, przeznaczony jesteś do innych zaszczytów...»
«...na które nie zasługuję, Panie. Powiedziałem Ci to, kiedy mi się ukazałeś, i
powtarzam to raz jeszcze w obecności wszystkich. Ty jesteś dobry, dobry jak
Bóg, ponadto mądry. Słusznie uznałeś, że ja, który zaparłem się Ciebie w tym
mieście, nie nadaję się na jego duchowego przywódcę. Chcesz mi oszczędzić
wiele słusznych zniewag...»
«Oprócz dwóch wszyscy byliśmy tacy sami, Szymonie – mówi Jakub, kłaniając
się ze swego miejsca dla okazania szacunku Piotrowi. – Ja także uciekłem. Pan
przeznaczył mnie na to miejsce tylko z powodów, o których mówił. Ty,
Szymonie, synu Jony, jesteś moim przywódcą. Uznaję cię za niego i, w
obecności Pana oraz towarzyszy, przyrzekam ci posłuszeństwo. Dam ci to, co
będę mógł, żeby ci pomóc w twej służbie. Proszę cię, rozkazuj mi, bo jesteś
przywódcą, a ja – twoim podwładnym. Kiedy Pan mi przypomniał pewną dawną
rozmowę, skłoniłem głowę i powiedziałem: „Niech się stanie tak, jak Ty chcesz”.
To samo powtórzę i tobie w chwili, gdy Pan nas opuści, a ty zostaniesz Jego
przedstawicielem na ziemi. Będziemy okazywać sobie miłość, pomagając jeden
drugiemu w służbie kapłańskiej.»
«Tak [– mówi Jezus –] kochajcie się i wspierajcie się wzajemnie, bo takie jest
nowe przykazanie i taki jest znak, że prawdziwie należycie do Chrystusa. Niech
nic was nie niepokoi. Bóg jest z wami. Potraficie uczynić to, czego od was
oczekuję. Nie narzucam wam tego, czego nie umielibyście wykonać, bo nie chcę
waszego upadku, lecz – waszej chwały.
Oto idę przygotować wam miejsce przy Moim tronie. Bądźcie przez miłość
zjednoczeni ze Mną i z Ojcem. Wybaczcie światu, który was nienawidzi.
Nazywajcie synami i braćmi tych, którzy do was przychodzą lub są już z wami, z
miłości do Mnie.
Bądźcie spokojni wiedząc, że zawsze jestem gotów pomóc wam w niesieniu
waszego krzyża. Będę z wami w trudach waszej posługi, w godzinie
prześladowań, dlatego nie zginiecie. Nie zginiecie, nawet gdyby tak się zdawało
tym, którzy patrzą na was oczyma świata. Będziecie obciążeni, strapieni,
znużeni i udręczeni, ale Moja radość będzie w was, bo we wszystkim wam
pomogę. Zaprawdę, powiadam wam: kiedy Miłość będziecie mieć za Przyjaciela,
wtedy zrozumiecie, że wszystko, czemu się podlega i co się przeżywa z miłości
do Mnie, staje się lekkie, nawet jeśli jest to ciężka udręka [doznawana ze
strony] świata. Ten bowiem, kto przyobleka w miłość każde działanie –
dobrowolne albo narzucone – zmienia ciężar życia i świata w jarzmo, które jest
mu dane przez Boga, przeze Mnie. Powtarzam wam, że Moje brzemię jest
zawsze na miarę waszych sił i Moje jarzmo jest lekkie, Ja bowiem pomagam w
niesieniu go.
Wiecie, że świat nie umie kochać. Jednak od tej chwili wy kochajcie świat
miłością nadprzyrodzoną, żeby go nauczyć miłości... Patrząc na wasze
prześladowania powiedzą wam: „To tak Bóg was kocha?... Każąc wam cierpieć i
zadając wam ból?... Nie warto więc należeć do Boga”... Odpowiedzcie wtedy:
158
„Boleść nie przychodzi od Boga. Bóg ją dopuszcza, a my znamy powód tego i
chlubimy się z powodu udziału w [cierpieniach] Jezusa Zbawiciela, Syna
Bożego”. Odpowiadajcie: „Chlubimy się tym, że jesteśmy przybici do Krzyża i
kontynuujemy Mękę naszego Jezusa.” Odpowiadajcie słowami Księgi Mądrości:
„‘Śmierć i ból weszły na świat przez zawiść diabła.’ Bóg nie jest autorem śmierci
i cierpienia. On się nie cieszy z boleści żyjących. Wszystko, co od Niego
pochodzi, jest życiem, i wszystko jest zbawienne.” Odpowiadajcie: „Obecnie
widzicie nas jako prześladowanych i pokonywanych, ale w dniu Boga losy się
odmienią. My, sprawiedliwi, prześladowani na ziemi, zostaniemy otoczeni
chwałą wobec tych, którzy nas męczyli i gardzili nami.”
Mówcie im więc: „Przyjdźcie do nas! Przyjdźcie do Życia i Pokoju. Nasz Pan nie
chce waszej zguby, lecz waszego zbawienia. Dlatego dał Swego umiłowanego
Syna, abyście wszyscy byli zbawieni”.
I radujcie się, że możecie uczestniczyć w Moich cierpieniach, aby potem móc
przebywać ze Mną w chwale. „Ja będę waszą wielką nagrodą” – obiecał Pan w
Abrahamie wszystkim Swoim wiernym sługom. Wiecie, jak się zdobywa
Królestwo Niebieskie: wysiłkiem i przechodząc przez wiele udręk. Ale kto
wytrwa, jak Ja wytrwałem, ten będzie tam, gdzie Ja jestem. Powiedziałem wam,
jaka droga prowadzi do Królestwa Niebieskiego i przez jaką bramę się tam
wchodzi. Ja pierwszy przeszedłem tą drogą i powróciłem do Ojca przez tę
bramę. Gdyby istniała inna droga, wskazałbym ją wam, bo mam litość dla
waszej ludzkiej słabości. Ale nie ma innej... Wskazując wam tę jedyną drogę i tę
jedyną bramę, mówię wam też i powtarzam, jaki środek daje siłę do przebycia
jej i wejścia [przez tę bramę]. Jest nim miłość. Tylko miłość. Wszystko staje się
możliwe, gdy mamy w sobie miłość. Jeśli poprosicie w Imię Moje o tak wiele
miłości, żeby stać się mocarzami świętości, wtedy Miłość, która was kocha,
obdarzy was pełną miłością.
Teraz, o Moi najmilsi przyjaciele, przekażmy sobie pożegnalny pocałunek.»
[Jezus] wstaje, żeby ich uściskać. Wszyscy Go naśladują. Jezus ma na ustach
uśmiech spokojny, doprawdy Boskiej piękności, uczniowie zaś wszyscy płaczą,
wstrząśnięci. Jan osuwa się na pierś Jezusa. Szloch wstrząsa nim, rozrywa mu
pierś, tak jest rozdzierający. Prosi w imieniu wszystkich, wyrażając wspólne
pragnienie:
«Daj nam przynajmniej Twojego Chleba, żeby nas wzmocnił na tę godzinę!»
«Niech tak się stanie!» – odpowiada Jezus. Bierze chleb. Łamie go na cząstki,
po uprzednim ofiarowaniu i pobłogosławieniu go. Powtarza obrzędowe słowa.
Czyni to samo z winem, powtarzając:
«To czyńcie na Moją pamiątkę.»
Potem dodaje: «Zostawiam wam ten dowód Mojej miłości, żeby być zawsze z
wami – aż do czasu, gdy będziecie ze Mną w Niebie.»
Błogosławi ich i mówi: «A teraz chodźmy.»
Wychodzą z izby, a potem z domu... Jonasz, Maria i Marek są na zewnątrz.
Klękają, wielbiąc Jezusa.
«Niech pokój zostanie z wami i niech Bóg wynagrodzi was za wszystko, co Mi
daliście» – mówi Jezus i, przechodząc, błogosławi ich. Marek wstaje i mówi:
«Panie, gaje oliwne, ciągnące się wzdłuż drogi do Betanii, pełne są uczniów,
którzy czekają na Ciebie.»
159
«Idź, powiedz im, że mają się udać do Obozowiska Galilejczyków.»
Marek biegnie co sił w młodych nogach.
«Przybyli wszyscy» – mówią apostołowie do siebie.
Nieco dalej siedzi Matka Pana, pomiędzy Margcjamem i Marią, [córką] Kleofasa.
Kiedy [Maryja] widzi, że Jezus nadchodzi, wstaje, żeby uwielbić Go całym
Swoim sercem Matki i wiernej.
«Chodź, Matko. I ty także, Mario...» – zachęca Jezus, widząc je nieruchome,
obezwładnione Jego wspaniałością, którą promienieje jak w poranek
Zmartwychwstania. Jezus nie chce przytłaczać nikogo majestatem, dlatego pyta
ujmująco Marię Alfeuszową:
«Jesteś sama?»
«Inni... inni są tam, na przedzie... z pasterzami... z Łazarzem i z całą jego
rodziną... nas zostawili tutaj, bo... O! Jezu! Jezu! Jezu!... Jak ja to zniosę, że już
nie zobaczę Ciebie. Kochałam Cię, zanim się narodziłeś, błogosławiony Jezu, mój
Boże! Ileż się napłakałam z Twojej przyczyny, kiedy nie wiedziałam, gdzie byłeś
po rzezi tamtych niewiniątek... Kiedy wróciłeś, Twój uśmiech był mi słońcem i
całym, całym moim dobrem! Jakże wielkim dobrem! Ileż dobra mi udzieliłeś!...
Teraz naprawdę stałam się ubogą, wdową, samotną! Póki tu byłeś, miałam
wszystko!... Zdawało mi się, że tamtego wieczora poznałam wszelką boleść...
Ale tamta boleść, całe cierpienie tamtego dnia tak mnie przytępiło... i nie było
tak silne, jak to obecne... A potem... zmartwychwstałeś. Zdawało mi się wtedy,
że w to nie wierzę. [Teraz] jednak widzę, że wierzyłam, bo [tracąc Cię] nie
odczuwałabym tego, co teraz czuję...»
Maria płacze i dyszy, tak dławi ją płacz.
«Dobra Mario, przejmujesz się jak dziecko, które myśli, że matka już go nie
kocha, gdyż je opuściła. Tymczasem ona poszła, żeby mu kupić w mieście
podarunki, które je uszczęśliwią, i szybko wróci, żeby obsypać je pieszczotami i
darami. Czyż nie to samo robię dla ciebie? Czy nie po to idę, żeby ci
przygotować radość? Czyż nie odchodzę, żeby powrócić i powiedzieć: „Pójdź,
Moja uczennico umiłowana i spokrewniona, matko Moich umiłowanych
uczniów”? Czyż nie pozostawiam ci Mojej miłości? Daję ci Moją miłość, Mario. Ty
wiesz, że cię miłuję! Nie płacz tak! Ciesz się, bo nie ujrzysz Mnie już
wzgardzonym i wyczerpanym, prześladowanym i bogatym jedynie w miłość
nielicznych.
Wraz z Moją miłością zostawiam Ci Moją Matkę. Jan będzie dla Niej synem, a ty
będziesz dla Niej – tak jak zawsze – dobrą siostrą. Widzisz? Moja Matka nie
płacze. Ona wie, że choć tęsknota za Mną będzie udręką trawiącą Jej serce, to
jednak oczekiwanie będzie mimo wszystko krótkie w porównaniu z ogromną
radością wiecznego zjednoczenia. Wie też, że Nasza rozłąka nie będzie tak
zupełna, żeby musiała mówić: „Nie mam już Syna”. Wtedy, w dniu boleści, to
był okrzyk bólu. Teraz w Jej sercu śpiewa nadzieja: „Wiem, że Mój Syn wstępuje
do Ojca, ale nie zostawi Mnie bez przejawów Swej duchowej miłości”. Wierz w
to i ty, i wszyscy... Oto i pozostali... Są Moi pasterze.»
Widać twarz Łazarza, jego sióstr i całej służby z Betanii. Widać też twarz
Joanny, podobną do róży pod zasłoną deszczu; twarze Elizy i Nike, naznaczone
już wiekiem, z wyostrzonymi teraz rysami z powodu smutku. Chociaż dusze
cieszą się ze zwycięstwa Pana, to jednak [przeżywają] smutek. Widać twarz
Anastatyki oraz delikatne jak lilie oblicza pierwszych dziewic. Można też
dostrzec ascetyczną twarz Izaaka i natchnione oblicze Macieja. Widać męską
160
twarz Manaena oraz surowe oblicze Józefa i Nikodema... Twarze, twarze,
twarze... Jezus przywołuje do Siebie pasterzy, Łazarza, Józefa, Nikodema,
Manaena, Maksymina i innych, należących do siedemdziesięciu dwóch uczniów.
Szczególnie blisko Siebie trzyma pasterzy. Mówi im:
«[Stańcie] tutaj. Byliście blisko Pana, gdy przyszedł z Nieba. Pochyliliście się
nad Jego uniżeniem. Będziecie blisko Pana, który powraca do Nieba, i duch wasz
rozraduje się z powodu Jego uwielbienia. Zasłużyliście na to miejsce, bo
uwierzyliście, pomimo różnych niesprzyjających okoliczności. Potrafiliście też
cierpieć z powodu waszej wiary.
Dziękuję wam za waszą wierną miłość. Wszystkim wam dziękuję. Dziękuję ci,
Łazarzu, przyjacielu. [Dziękuję i] tobie, Józefie, i tobie, Nikodemie. Byliście
litościwi dla Chrystusa, choć mogło to być dla was bardzo niebezpieczne.
[Dziękuję] ci, Manaenie, bo potrafiłeś wzgardzić obrzydliwymi względami
nieczystego, żeby pójść Moją drogą. [Dziękuję] tobie, Szczepanie, korono z
kwiatów
sprawiedliwości.
Opuściłeś
niedoskonałego
dla
doskonałego.
Zostaniesz uwieńczony koroną z kwiatów, których nie znasz jeszcze, a o których
powiedzą ci aniołowie. [Dziękuję ci], Janie, który doszedłeś do Światłości,
zanim ją ujrzałeś. Będziesz przez krótki czas bratem najczystszego łona.
Dziękuję ci, Mikołaju, który jako prozelita umiałeś pocieszyć Mnie w cierpieniu
zadanym Mi przez synów tego narodu. [Dziękuję] wam, uczennicom dobrym i
odważnym, większym w waszej łagodności od Judyty.
I tobie dziękuję, Margcjamie, Mój chłopcze... Odtąd przyjmij imię Marcjala, na
pamiątkę rzymskiego dziecka. Zabito je na drodze i złożono przed bramą
[domu] Łazarza, z prowokującym napisem na tabliczce: „A teraz powiedz
Galilejczykowi, żeby cię wskrzesił, jeśli jest Chrystusem i jeśli sam Siebie
wskrzesił”. Zmarło ono jako ostatnie z tych niewiniątek, które w Palestynie
straciły życie, aby służyć Mi, choć były tego nieświadome. Były poprzednikami
tych niewinnych dzieci z wszystkich narodów, które – gdy przyjdą do Chrystusa
– zostaną za to znienawidzone i zgaszone przedwcześnie jak pączki kwiatów
zerwane z łodyżek przed swoim rozkwitnięciem. To imię, o Marcjalu, niech ci
wskazuje twój przyszły los: bądź apostołem na ziemiach barbarzyńców i
zdobywaj je dla twego Pana, tak jak Moja miłość zdobyła rzymskiego chłopca
dla Nieba.
[por. Łk 24,50] Wszystkich, wszystkich błogosławię w tym pożegnaniu. Proszę
Ojca o nagrodę dla tych, którzy pocieszyli Syna Człowieczego na Jego bolesnej
drodze. Błogosławiona [niech będzie] ta wybrana część ludzkości – złożona
zarówno z żydów jak i z pogan – która okazała Mi miłość.
Błogosławiona [niech będzie] ziemia ze swoimi roślinami, kwiatami i owocami,
które wiele razy dawały Mi radość i odpoczynek. Błogosławiona [niech będzie]
ziemia ze swymi wodami i ciepłem, z ptakami i zwierzętami, które wielokrotnie
przewyższały człowieka, pocieszając Syna Człowieczego. Błogosławione [niech
będzie] słońce, morze, góry, pagórki i równiny. Błogosławione [niech będą]
gwiazdy, Moje towarzyszki w nocnej modlitwie i w boleści. I ty, księżycu, który
świeciłeś podczas Moich wędrówek ewangelizacyjnych, [bądź] błogosławiony.
Wszystkie, wszystkie stworzenia [bądźcie] błogosławione: dzieła Mojego Ojca,
Moi towarzysze tamtej godziny śmierci, przyjaciele Tego, który opuścił Niebo,
żeby wyzwolić ludzkość z udręki Grzechu [pierworodnego], powodującego
odłączenie od Boga.
Błogosławione [jesteście] i wy, niewinne narzędzia Mojej męki: ciernie, metale,
drewno i skręcone konopie, bo pomogłyście Mi wykonać wolę Mego Ojca!»
161
Jakiż grzmiący głos ma Jezus! Rozbrzmiewa on w ciepłym i cichym powietrzu
jak dźwięk uderzanego brązu. Rozchodzi się falami ponad morzem twarzy, które
ze wszystkich stron wpatrują się w Niego. Chyba setki osób otaczają Jezusa,
który wstępuje z najbardziej umiłowanymi [uczniami] na szczyt Góry Oliwnej.
Doszedłszy do Obozowiska Galilejczyków – na którym nie ma już o tej porze
namiotów, jakie pojawiają się tam na święta – Jezus daje uczniom polecenie:
«Każcie ludziom pozostać tu, a potem idźcie za Mną.»
Wchodzi na sam szczyt góry: na ten, który jest najbliżej nie Jerozolimy, lecz
Betanii i góruje nad nią. Blisko Jezusa znajduje się Matka, apostołowie, Łazarz,
pasterze i Margcjam. Dalej pozostają w półkolu uczniowie, którzy zatrzymują w
pewnej odległości tłum wiernych.
Jezus stoi na szerokim kamieniu, który wystaje nieco i bieleje pośród zielonej
trawy polany. W słońcu Jego szata jaśnieje jak śnieg, włosy lśnią jak złoto, oczy
błyszczą boskim światłem.
[por. Łk 24,51, Mk 16,19] Otwiera ramiona takim gestem, jakby [chciał
wszystkich] objąć. Zdaje się, że pragnie przygarnąć do serca wszystkich ludzi
ziemi, których Jego duch dostrzega w zebranej tu rzeszy. Niepowtarzalny głos
Jezusa – głos, którego nie można zapomnieć – wydaje ostatni nakaz:
«Idźcie! Idźcie w Moim Imieniu ewangelizować ludzi aż po same krańce ziemi.
Niech Bóg będzie z wami. Niech Jego Miłość was umocni. Niech Jego Światło
was prowadzi, a Jego Pokój niech mieszka w was aż po życie wieczne.»
Przemienia się w samo piękno. [Jest] piękny! Piękny jak na górze Tabor...
jeszcze piękniejszy.... Wszyscy z uwielbieniem padają na kolana, On zaś unosi
się ponad kamień, na którym stał. Szuka raz jeszcze jednej twarzy: twarzy
Matki, a Jego uśmiech osiąga taką moc, jakiej nikt nigdy nie będzie mógł
wyrazić... To Jego ostatnie pożegnanie z Matką.
Wznosi się, wznosi... Słońce ogarnia Go swobodnie, bo żadne liście nie
zatrzymują już jego promieni. W słonecznym blasku Bóg-Człowiek wstępuje do
Nieba ze Swym Najświętszym Ciałem. [Światło] ujawnia Jego chwalebne Rany,
które lśnią jak żywe rubiny. Reszta to uśmiech perłowego światła. To Światłość,
która w tym ostatnim momencie – podobnie jak w noc narodzenia – ujawnia,
czym jest. Świat iskrzy się od światła bijącego z unoszącego się Chrystusa.
Światło to przewyższa [blask] słońca. To światło ponadludzkie, błogosławione.
Światło zstępuje z Nieba na spotkanie ze Światłością, która wstępuje... I w tym
oceanie blasku Jezus Chrystus, Słowo Boże, znika ludziom z oczu... Na ziemi,
pośród głębokiego milczenia zachwyconego tłumu, słychać tylko dwa głosy:
okrzyk Matki: «Jezu!» – kiedy [Jej Syn] znika – i płacz Izaaka.
Pozostałym uczniom nabożne zdumienie odjęło mowę. Trwają tak, aż do
zjawienia się dwóch jaśniejących świateł anielskich, przybierających postać
ludzi. Wypowiadają słowa przytoczone w pierwszym rozdziale Dziejów
Apostolskich (1,11): «Dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus,
wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego
do nieba.»
162